ręce które leczą

Ręce, które leczą – ale że moje?!

Dawno, dawno temu, gdy Miniaturowa była małą dziewczynką, (a przynajmniej jeszcze mniejszą niż jest teraz), a na ziemi konał Denver, ostatni dinozaur, były sobie targi. Lecz nie byle jakie to były targi, bo to były targi ezoteryki, medycyny alternatywnej lub po prostu doroczny Kongres Czarodziejów. Tam spotkałam Pana, który stwierdził, że… mam ręce, które leczą!

To było tak dawno… a jakby wczoraj?

To były czasy, gdy choroby, które spowodowały moją niepełnosprawność, hulały na dobre. Choć nie byłam już dziewczynką na wózku, moje zdrowie wciąż pozostawiało wiele do życzenia. Rodzice mieli „horom curke” i potężne wydatki związane z jej leczeniem. Lecz nigdy nie wyciągali ręki po pomoc do obcych ludzi.

Wydaje mi się, że to właśnie ich postępowanie miałam z tyłu głowy, gdy odmówiłam moim czytelnikom, którzy proponowali zrzutkę na moją operację. Dlaczego to zrobiłam? Moja niepełnosprawność i niskorosłość nigdy nie przeszkadzały mi w zdobyciu wyższego wykształcenia. Na studiach potrzebna jest sprawna głowa, a nie prosty kręgosłup i sprawne biodro. Mierzili mnie uczelniani „równi i równiejsi„, którzy na swojej niepełnosprawności prześlizgnęli się przez cały tok studiów, podczas gdy ja – też niepełnosprawna – ukończyłam je będąc jednocześnie młodą mamą. A wierzcie mi, studia to nie SPA dla młodych matek! Gdyby nie studia nie trafiłabym na staż absolwencki, po którym dostałam pracę. To dzięki niej i wsparciu mojego wspaniałego Prezesa mogłam sobie na to pozwolić. Bo czas uciekał. Moja choroba nie.

Dość już tej olbrzymiej dygresji! Rodzice mieli wydatki, potrzeb było mnóstwo, a pieniędzy jakby mniej. Nie stać nas było na wypasione wakacje, kawiarnie, restauracje. W naszej rodzinie nie spacerowało się dla rozrywki po galerii handlowej, ale darmowe targi? O! To było coś fajnego! Albo wystawa psów, kotów. To coś innego. I tak też trafiliśmy z ciekawości na targi pełne wróżbitów, czarodziejek, sprzedawców amuletów, cudownych specyfików, ziół i przepięknych kamieni. 

Gdy chwytasz się nadziei

Choroba goniła chorobę, lekarze wiedzieli co mi jest, by za moment bezradnie rozłożyć ręce. Raz nawet dopadła mnie choroba, która prawie mnie zabiła. A zaczęło się od niewinnego kataru! Rodzice nie szczędzili czasu i środków na moje leczenie. Jeździli ze mną po kraju w poszukiwaniu pomocy. Wtedy jeszcze nie było internetu, by usiąść i sprawdzić w Google, co mi dolega i jak to się leczy. Polegało się tylko i wyłącznie na lekarzach. Lecz co robi rodzic, który widzi, że wszystko na nic? Chwyta się każdego promyczka nadziei! Dlatego też zjawiliśmy się na tych targach, z ciekawości i w nadziei, że może wydarzy się cud. Nie, nie! Nie przerywaj czytania! Nie jestem psychofanką jakiejkolwiek teorii. Daj mi skończyć.

Ręce, które leczą

Spacerując między stoiskami, natrafiłam na stragan z amuletami. Były piękne, bogato zdobione, z kamieniami półszlachetnymi i bez. Dla każdego coś fajnego. Jego właściciel zaczepił moich rodziców i powiedział, że mam… ręce, które leczą i on to czuje 🙂 Powiedział, że moc we mnie jest tak silna, że pozwoli mi wybrać sobie jeden amulet zupełnie za darmo. Mówiąc to, wskazał na stoisko i poprosił, bym pokazała ten, który mi się najbardziej podoba. Odpowiedziałam, że w sumie to podobają mi się dwa, ale nie potrafię się zdecydować. Pan uśmiechnął się i kazał mi zamknąć oczy i wyciągnąć ręce w stronę zawieszek. Spytał, który mocniej przyciąga moją dłoń, bo faktycznie, jeden z amulecików jakby mocniej na mnie działał. Nie wierzę w takie rzeczy. Nie wierzyłam nawet wtedy, gdy mój syn zachowywał się, jakby widział duchy. Ale wtedy na targach byłam dzieckiem i dałam się ponieść „magii wiszącej w powietrzu”. Właściciel stoiska, cały rozanielony, nanizał amulet na rzemyczek i zawiesił mi na szyi. Poprosił moich rodziców, abym nigdy go nie ściągała, bo on czuję, że z nim jestem silniejsza. Zapewnił też, że naprawdę moje ręce leczą i powinni pomóc mi rozwijać tą umiejętność.

Nie wierzę, ale spróbuję 🙂

Byłam dzieckiem, lecz z przymrużeniem oka traktowałam rewelacje, które opowiadał ten pan. Mimo wszystko, amulecik cały czas przy sobie nosiłam. Dlaczego? Nie miałam żadnej innej biżuterii. Dzięki niemu zawsze mogłam opowiedzieć coś ciekawego osobie, która o niego pytała. Mogłam też przebąknąć, wiesz, podobno moje ręce leczą 🙂 Widzicie? To był lans! A nie jakieś raybany czy najnowszy ajfon 😉 Pewnego dnia w szpitalu przybiegły do mnie koleżanki z innego pokoju prosząc o pomoc! Jedną z nich koszmarnie bolał brzuch, a że pamiętały „ręce, które leczą”, przybiegły do mnie. Poszłam z nimi do płaczącej z bólu nastolatki. Miała pierwsze, cholernie bolesne miesiączki. Pielęgniarki w poważaniu miały jej ból. Nie bez kozery powstał artykuł: potwór nad moim łóżkiem. To był szpital ortopedyczny, nie ginekologiczny. Nie wiedziałyśmy jak jej pomóc. Trzymała się za brzuch i płakała wymęczona skurczami. „Agata, zrób coś!” – zaczęła płakać druga koleżanka. Ze współczucia, z bezradności? Nie wiem. Wystraszona ściągnęłam amulet z szyi i położyłam go na brzuchu dziewczyny. Przykryłam go swoimi dłońmi. Po kilku minutach uspokoiła się. Postanowiłam, że będę tak długo trzymać ręce na jej brzuchu, aż przestanie ją boleć. Minęło już czterdzieści minut, może dłużej, aż odezwała się moja pacjentka. „Już nie boli”. Może i nie wierzyłam w to wszystko, a amulet zawsze uważałam tylko za ozdobę. Ale tego dnia byłam naprawdę bardzo zadowolona, że go mam.

On dał mi siłę, by podzielić się spokojem z cierpiącą koleżanką. Nigdy już nie dowiem się, czy naprawdę przestało ją boleć. Byłyśmy dziećmi szpitala. Pozostawionymi same sobie. Dla nas najważniejsze było to, że przestała płakać.  

 


Pani Miniaturowa <— to jest magiczne klikadełko, które przeniesie Cię na mój fanpage na Facebooku. Kliknij „lubię to”, by już zawsze być na bieżąco z moimi najnowszymi wpisami.