Strefa bez dzieci – Ogłoś i zgiń. Matki nie biorą jeńców.

Posted on Posted in Lifestyle

Ten wpis nie przyniesie mi popularności, ale muszę to napisać! Jeżeli ktoś otwiera sobie lokal i ma kaprys opatrzyć go tabliczką „Strefa bez dzieci”, ja jestem na tak. I to nie tylko dlatego, że ma do tego prawo, bo to jego własność.

Słowem wstępu i podstępu

Czytałam sobie dziś histeryzowanie (tak, to odpowiednie słowo) ludzi pod pewnym artykułem. Była w nim mowa o właścicielu restauracji, który zdecydował się wprowadzić zakaz wstępu dla dzieci poniżej 5 roku życia. Tak właściwie listę jego grzechów można by na tym zamknąć. Bandyta z zimną krwią zamknął restaurację dla dzieci. Dla ślicznych, uroczych maluszków, bąbeluszków, pączuszków i fasolek… które sobie troszkę krzyczały. Troszkę sobie biegały. Troszkę różne rzeczy przewracały. Troszkę przeszkadzały pozostałym gościom, np. niewinnym podkradaniem im żarcia z talerza, czy zaczepiając w inny sposób. I troszkę głośno oglądając bajki na tabletach i innych urządzeniach. Ale to nie jest wina tych słodkich pacholęt. O nie! Jestem pewna, że ten człowiek nie postawiłby tabliczki „Strefa bez dzieci”, gdyby go do tego nie zmusili rodzice tychże dzieci! To brak reakcji dorosłych na zachowanie swoich pociech sprawił, że właściciel podjął taką decyzję. Także kto tu jest ten zły i nie fajny? Ja? Przedsiębiorca? A może jednak… o kurna… czyżby rodzice niezważający na swoje rozwydrzone dzieciaki? Toż to siok! Siok i niedowierzanie!

Strefa bez dzieci – ogłoś i zgiń! Matki nie biorą jeńców!

Do napisania tego wpisu najbardziej przekonały mnie komentarze ludzi o: tworzeniu gett. Zrobieniu strefy bez studentów socjologii, wolnych od osób niepełnosprawnych, czy z zakazem wstępu dla ludzi powyżej 60 roku życia. Było tam też parę smaczków w guście: skoro moje dziecko nie krzyczy w restauracji to znaczy, że żadne inne dziecko świata nie krzyczy w restauracji, bo znam świat tylko z perspektywy własnego nosa. A skoro problem dla tej osoby nie istnieje, to znaczy, że jest wydumany i „strefa dla dzieci” to istna przemoc, łamanie prawa i dyskryminacja wszystkich świętości. O mniejszości etniczne i wzajemne pociski międzynarodowe też ludzie zdążyli tam zahaczyć. Cyrk na kółkach, mówię Wam. 

Moje skromne zdanie, z którym wcale nie musisz się zgadzać.

Jestem mamą. i… wbrew pozorom jestem na TAK. Mnie „Strefa bez dzieci” nie obraża, ani nie dyskryminuje. Uważam, że fajnie jest wybrać się do restauracji w ciągu dnia i mieć 100% pewność, że nie usłyszy się tam dziecięcych pisków, czy płaczu. Miło by było raz na jakiś czas, móc odwiedzić miejsce, gdzie mogłabym odpocząć wraz ze znajomymi mamami od obecności dzieci. Wiesz dlaczego? Nie potrafię się zrelaksować, gdy słyszę płacz dziecka, ponieważ chcę się poderwać i biec mu na pomoc. W gruncie rzeczy to jest dość stresujące, jeśli sama jesteś mamą wiesz, jak nas zaprogramowała natura. Kątem oka zawsze obserwuję cudze dzieci, a już szczególnie, gdy widzę, że ich zachowanie jest nadto swawolne i może stać im się krzywda. Lecz ja nie patrzę, by oceniać. O nie! Ja waruję jak suka nad szczeniakami, by móc w każdej chwili pomóc, uratować. Dla Ciebie moje zachowanie jest głupie, dla mnie to natura człowieka, coś z czym boryka się niejedna matka. 

Strefa bez dzieci – dlaczego jestem na TAK

Rzadko mam okazję gdzieś się wybrać, ale jak nie mam ochoty napatoczyć się na happy family z dokazującymi pociechami, po prostu wychodzę na miasto wieczorem. Aczkolwiek nawet ta strategia nie wypala, jeżeli spotkam na mieście wyluzowanych rodziców, którzy uważają, że godzina 21:00 to idealna pora, by odwiedzić ogródek piwny z płaczącym niemowlęciem w wózku. This is madness! Między innymi takie sytuacje zmuszają właścicieli knajpek do wprowadzania pewnych obostrzeń. A czemu ludzie tak bardzo się o to wściekają? Nie wiem. Bo przecież skoro zupełnie legalnie działają puby, gdzie wstęp jest dozwolony dopiero od 21 roku życia i nikt z tego nie robi afery, to dlaczego ludzie świrują, jak ktoś chce powiesić tabliczkę „Strefa bez dzieci”? Czy może mi to ktoś logicznie wytłumaczyć? Dla mnie to dokładnie taka sama sytuacja, a nawet w tej pierwszej „dyskryminujemy” o wiele większą grupę ludzi. 

Podsumowując

„Wszystkie dzieci nasze są.” Ale! W każdym większym mieście jest kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt knajpek, kawiarenek, barów i restauracji. Jeżeli jedna, czy dwie wprowadzą zakaz wstępu dla dzieci, świat nie spłonie i nie pogrąży się w chaosie. Obiecuję. Zawsze możesz pokazać im figę z makiem, obrócić się na pięcie i pójść gdzie indziej. Nigdy żadne miasto nie pozwoli sobie na sytuację, by w jego granicach nie było ani jednego lokalu otwartego dla rodzin z dziećmi. Dlatego rozejdźmy się w pokoju.

A teraz idź pobuszuj na moim fanpage, zanim całkowicie mnie znienawidzisz 🙂

PS: Też kiedyś byłam przeciwna strefom bez dzieci. Z tego (klik) wpisu dowiesz się dlaczego kiedyś uważałam, że zawsze mam rację.

(Visited 9 593 times, 1 visits today)
  • Heheh czasami mam ochotę, żeby autobusy były taką strefą bez dzieci. Taki maluch potrafi mnie czasem mocno rozzłościć. Ale później mam wyrzuty sumienia – to przecież dziecko, ono nie jest niczemu winne. Jeśli mama pozwala mu być głośnym i rozkapryszonym, to będzie. Taka natura dziecka. Czasami myślę, że licencja na dzieci nie byłaby takim złym pomysłem…

  • Byłoby mi źle i smutno, gdybym wyszła bez mojego Wrzaskuna do restauracji, by WRESZCIE w ciszy i spokoju zjeść, a tam całe stado innych wrzaskunów ;p Dzietni zamiast narzekać, mogliby zacząć dostrzegać plusy takich lokali, a nie się burzyć i olaboga, bo restauracja w mieście pewnie jedna na krzyż i akurat tam z dziećmi niet.

  • Pingback: Kto rządzi i co komu wolno – Toster Pandory()

  • Iza Ce

    Jestem na tak. Każdy ma prawo określić warunki swojego biznesu. Do klubów też jest selekcja i co? Jakoś nikogo nie oburza.

  • Też jestem mamą i jestem zdecydowanie na tak. Jak idę gdzieś bez dziecka, to mam prawo odpocząć bez towarzystwa obcych dzieci, jeśli mam na to ochotę. Tym bardziej, że nie przepadam za obcymi dziećmi – niech sobie lobby mamusiek myśli, co tylko chce.

  • Iwona Siekierska

    Tez jestem matką i nigdy w zyciu nie przyszłoby mi do głowy brać z sobą wieczorem dziecko do restauracji. Z szacunku do innych, którzy dzieci nie maja lub maja, ale wyszli z domu po to, żeby od nich trochę odpocząć. Ostatnio byłam na kolacji, w eleganckiej restauracji, gdzie przy stoliku obok dzieciak grał na pianinku i walił młoteczkiem w klocki. Wytrzymaliśmy 1,5 godziny.

  • U mnie w mieście nie znam lokalu, do którego nie wpuszcza się dzieci. Pomijając imprezownie i kluby gogo oczywiście 😉 Ale chętnie sama bym sobie strefę bez dzieci wydzieliła, w WC 😉

  • hmmm szczerze mowiac nigdy sie nad tym nie zastanawialam. Wszedzie chodze z dziecmi 🙂 dawno nie bylam nigdzie sama 😉

  • Nie rozumiem, dlaczego tylu ludzi jest zbulwersowanych decyzją właściciela lokalu. W mieście działa pewnie milion innych knajp, ale widocznie ludzie czerpią przyjemność z czepiania się. Dla mnie to nie jest nic nadzwyczajnego i zdecydowanie popieram taki pomysł. Nie każdy lubi słuchać wrzasku, płaczu czy donośnego głosu pacholąt. Strefa bez dzieci to idealne miejsce dla kogoś, kto pragnie świętego spokoju. A w mieście zdecydowanie łatwiej jest znaleźć restaurację dla rodzin, niż taką, w której obowiązuje zakaz wstępu dzieciom.

    Druga sprawa, że taki podział na strefy dla rodzin z dziećmi i bez dzieci już dawno obowiązuje w innej branży. A mianowicie hotelarskiej. I jakoś nie słyszałam, żeby ktoś się buntował.

  • Pingback: Pojebizm pierwszego świata | dizajnuch.pl - blog faceta...dizajnuch.pl – blog faceta…()

  • Mam dwójkę dzieci i uważam, że lokale ze strefą wolną od dzieci są jak najbardziej ok. ALE w całym tym „strefowym” zgiełku ludzie, zwłaszcza rodzice, powinni skupić uwagę na kwestii uczenia dzieci zasad funkcjonowania w społeczeństwie i miejscach publicznych, a nie podnosić larum o ograniczanie praw. Moi rodzice to ludzie starej daty, byłam uczona i wychowywana w konsekwentny sposób. O ile uważam, że mój trzyletni syn jest jednostką autonomiczną, należy go traktować z szacunkiem i jako partnera do rozmowy, który ma prawo do wyrażania swoich potrzeb na głos, o tyle jednocześnie ten sam syn musi mieć świadomość, że nonkonformizm jest fajny jak się skończy 18 lat, a mama po drodze wyjaśniła, co jest dobre a co złe (on to sobie może sam przewartościować w odpowiednim wieku, ale na tę chwilę to ja mu wskazuję kierunek i jestem bardzo przeciwna kierunkowi rozpasanego luzu).

  • Martyna Cieślińska

    Zgadzam się skoro to jego lokal może sobie wpisać na kartce przy wejściu co chce. Jakby było kartka nietrzeźwych nie wpuszczamy to by się nikt nie czepiał albo palącym dziękujemy…

  • Blacker

    Tak jak wielu innych uważam że właściciel lokalu ma prawo dowolnie wybierać kogo chce gościć w swoich progach. Nawet jeśli to ma być lokal dla leworęcznych, łysych, palących entuzjastów łosi i tylko w klapkach. Jego sprawa. Ogranicza sobie grupę docelową i potencjalnych klientów. Może mu to wyjść na dobre lub wręcz przeciwnie, jego sprawa i tylko jego. Niestety żyjemy w świecie w którym jeśli się czegoś zabroni lub ograniczy do czegoś dostęp to są osoby które rozedrą szaty i zrobią wszystko żeby się tam dostać. Zamiast iść do lokalu „tylko dla rozdzierających szaty”. Wszech panująca polityczna poprawność też nam nie pomaga, były przypadki skazywania na olbrzymie grzywny osoby „unikające” pewnej grupy klientów. Uważam to za pogwałcenie podstawowych praw osobistych. Jestem ojcem 2 synów, teraz już odpowiednio wyrośniętych i można bez wstydu zabierać ich do restauracji, ale były czasy gdy nie korzystaliśmy z takich rozrywek bo nie chodziliśmy się tam najeść (zaspokoić podstawową potrzebę człowieka), tylko dla przyjemności, aby oderwać się od codziennego kieratu, zapomnieć na chwilę o naszych kochanych maleństwach i zregenerowani powrócić na łono rodziny. Dlatego zostawialiśmy ich pod opieką w domu!
    Dla swojego i innych gości komfortu. „Koncert” dzieci cudzych podczas zaplanowanej, zarezerwowanej i z paszczy czasu wydartej romantycznej kolacji może być powodem nerwicy i ciężkich wrzodów żołądka o przygaszeniu płomieni domowego ogniska nie wspominając. Dlatego nie powinno się dyskutować „czy” można dopuścić tego typu lokale, ale powinno się przywrócić pełną swobodę prowadzenia działalności gospodarczej z doborem gości włącznie. Nawet jak ktoś otworzy klub „tylko dla zielonych” to obok powstanie „tylko dla niebieskich oraz ewentualnie wpadających w lila” i już. Zycie nie znosi próżni i dąży do równowagi.

  • Tez jestem za strefa bez dzieci. Denerwuje mnie najbardziej to, ze rodzice nie potrafią zapanować nad dziećmi i pozwalają im na wszystko łącznie z niszczeniem lokalu (malowanie po ścianach) wszystkie mamy powinny przeczytać taki wpis jak ten i wyciągnąć jakieś wnioski. Miłego dnia 🙂

  • Ty jesteś na tak Agata- bo masz mozg i jesteś „normalna”!
    Ale wiem, ze w sieci mnóstwo oszołomów i matek którym lekko odjebało po ciąży..zal.pl

  • Tak tak tak. Teraz jest tyle knajp specjalnie dedykowanych dzieciom i rodzicom, że doprawdy wyjęcie kilku dla dorosłych jest super pomysłem. Nie jako strefa bez dzieci tak naprawdę, ale jako strefa komfortu i ciszy. Sama mam dość hałaśliwe dziecko i doskonale rozumiem, że nie nadaje się do każdej restauracji, choć po latach bywania nauczyło się ogłady (z grubsza). Nie chodzi o to, by trzymać dziecko w pudełku, chodzi o to, by od początku uczyć właściwego zachowania. Nie na zasadzie walenia po łapkach, ale między innymi za pomocą dostosowywania miejsca spożywania posiłku do możliwości dziecka. Czasem wystarczy skrócić czas pobytu.

  • I dlatego w Polsce powstają nowe hotele dla dorosłych jak np. Hotel Prezydent w Krynicy 🙂

    • Myślę, że problem nieokiełznanych dzieci nie dotyczy tylko Polski 😉

  • Strefa wolna od studentów socjologii! Bo jeszcze zarażą swoim feminizmem i socjalizmem. 😛
    Gdybym była matką, to po prostu chodziłabym do miejsc, gdzie dzieci nie tylko „są dozwolone”, ale gdzie czeka się na nie z otwartymi ramionami. Jak to ostatnio powiedział mój okulista, gdy zaoponowałam, żeby tak sobie po prostu przyjść do niego bez zapisu, bo ludzie będą na mnie kwękać: „To ty nie wiesz, w jakim kraju żyjesz? Zawsze będą kwękać”. 😉

  • Ja jestem zdania, że jeśli ktoś od początku jasno stawia sytuację, tj. wywiesza tabliczkę że lokal wolny od dzieci, to wszystko ok. Ma prawo bo to jego podwórko, a przecież dorośli też potrzebują swojej przestrzeni, zwłaszcza ci którzy nie są pro-dziecięcy. Jedyne co mi się nie podoba, to wpuszczać matki z dziećmi, a potem wypraszać np. z powodu karmienia piersią.

    http://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

  • stopthedot

    Z perspektywy osoby bezdzietnej jestem na tak. I to nie dlatego, że mam z dziećmi jakiś problem – po prostu nie jestem przyzwyczajona do określonych dźwięków, a jeść lubię w spokoju. Mam problem nawet z głośnymi barami – znajomych wolę spotykać w „cichszym” miejscu. Mam bardzo duży szacunek do ciszy. Może jak zostanę rodzicem, to mi się zmieni, może nie, ale uważam, że każdy ma prawo do ciszy. Mama krzyczącego malucha, która wyrwała się na miasto bez potomka – tym bardziej 🙂

    • A ja z perspektywy osoby „dzietnej” jestem na tak.

  • Jakem matka dwójcy jestem na TAK! Jak ktoś nas nie chce to nie ma problemu, zdemolujemy inny lokal 😛 Zdaję sobię sprawę z tego, że moje dzieci bywają hałaśliwe i nie każdego to zachwyca :P. Ale jak się mają nauczyć jak bywać? Teoretycznie się nie da.

  • Ja mam malutkei dziecko i też jestem na tak. Mi płacz dziecka akurat nie przeszkadza, ale rozumiem, że niektórym może. Ja też niestety jak słyszę płacz dziecka nie mogę ani się zrelaksować ani pracować. Toteż chętnie bym w takim miejscu odetchnęła. Mężczyźni mają zaś zupełnie inaczej. Mój mąż potrafi się wyłączyć i pracować przy komputerze gdy dziecko płacze. A może my kobiety mamy częściej problemy z koncentracją…?

  • Oczywiście jestem za. Podobnie, jak nie denerwują mnie lokale „tylko dla mężczyzn” czy „tylko dla kobiet”. Właściciel lokalu może sobie z nim robić co tylko chce.
    Nawiasem mówiąc, w Atelier Amaro mogą przebywać tylko osoby powyżej 14 roku życia 😉

  • Tyle lokali na rynku, że dowolnie dostępny sobie znaleźć można. Jako matka dwóch Potworów też się podpisuję pod powyższym – mam czasem ochotę zjeść w spokoju. Nie tylko bez swoich dzieci. Bez cudzych też. A czasem i bez pełnych pretensji rodziców, o!

  • Katarzyna Wojtyńska-Stahl

    Jeżeli idę do restauracji po to, żeby dobrze zjeść i odpocząć, to jak najbardziej w ciszy i spokoju. I oczywiście z cichutkim i nie przeszkadzającym nikomu pieskiem 🙂

  • Trochę z innej strony: jeśli ktoś otwiera lokal dla klienta i nie ma tam tabliczki „strefa bez dzieci”, to moim zdaniem przygotował swój lokal także pod potrzeby dzieci a nie tylko ich rodziców. Mam rację? Wszystkie takie lokale powinny mieć więc: salę zabaw dla dzieci włącznie z darmową dla rodziców, ale opłacaną opieką dla nich. W innym wypadku każde wspólne wyjście będzie koncentrowało się na dziecku.

    • To trochę absurd. Otwieram lokal i ok – nie wykluczam dzieci. Ale nie mam obowiązku zapewniać im opieki i wyznaczać specjalnego miejsca. Rodzice są od tego, żeby uczyć dzieci zachowania się w miejscu publicznym. Jakoś moi rodzice potrafili mnie tego nauczyć i moja mama nigdy nigdzie nie musiała za mnie świecić oczami. Tyle tylko, że to jest starsze pokolenie i trochę inne zasady. Współcześni młodzi rodzice maksymalnie luzują, nie wiem… chyba fajni chcą być… I w tym całym luzie zapominają o wpajaniu podstaw współegzystowania w społeczeństwie.

      • Myślę, że tutaj dużą rolę odgrywa wiek dziecka. Pięciolatek ma zrozumieć, że jest w miejscu publicznym i musi się umieć zachować. Takie trzy letnie dziecko tego jeszcze nie zrozumie w takim stopniu, jakbyśmy chcieli. Wtedy taka możliwość opieki na jakiś czas nie jest złym rozwiązaniem. Oczywiście rozumiem to, że nie każdy biznesmen na to pójdzie, ale jak się znajdzie do takiej opieki odpowiednią osobę, to czemu ona nie może pokazać rodzicom sposobu na to, żeby dziecko było przez chwilę cicho. Moim zdaniem to jest dobra alternatywa, tylko trzeba ją umieć wykorzystać. Dziecko można wychować; jak nie metodą to sposobem.

        • Co niestety nie da się już zrobić w przypadku niektórych rodziców 😉 Bo takie ignorowanie zachowania dzieci w restauracjach przez ich własnych rodziców przenosi się też w inne miejsca…

  • Może lepiej byłoby „strefa bez rodziców, bez tych, którzy nie potrafią zapanować nad swoim dzieckiem”. 😉
    Bookendorfina

    • O i to jest myśl! Całkiem niegłupia, bo to nie jest problem z dziećmi, tylko ich rodzicami 🙂

      • Jakoś tak na dzieci nie potrafię się gniewać, ale niektórych rodziców chętnie bym czasem rozszarpała, nawet nie chodzi o to, aby dziecko natychmiast zmieniło swoje niepożądane zachowanie, ale by była właściwa reakcja rodzica, wtedy pewne rzeczy przyjmuje się nawet z uśmiechem, i nie ma konieczności ustawiania blokady wstępu dla kogokolwiek. 🙂

  • A mogę taką tabliczkę przed domem postawić? 😉

    • Ja u siebie wstawie „nie palić w domu” 😛

      • NIE MOŻESZ! Jako przedstawicielka tej niechlubnej, palącej części społeczeństwa zgłaszam sprzeciw! To jest ograniczanie moich podstawowych praw! To jest dyskryminacja! To jest niezgodne z konstytucją! To jest wręcz segregacja społeczeństwa na lepszych i gorszych! NIE MASZ PRAWA!!!1!1!!jedenjedenjeden

        • !!!one!!!11!!!one!jeden!! Na dachu sobie postawię, a co! 😀

  • Strefa bez dzieci jak najbardziej jestem za. Nie jestem mamą ale kocham dzieci jednak gdy widzę że rodzic mimo prośby innych nie zwraca uwagi na zachowanie swojego dziecka bo on ma teraz czas wolny – taka sytuacja mi się trafiła to nie dziwię się dziecku tylko zastanawiam się nad logiką rodzica.

  • Znajoma opowiadała mi jak to wybrała się z partnerem i niespełna 3 letnią córeczką na spotkanie ze znajomymi i ich dziećmi w restauracji. Było już około 22 i dzieciarnia dokazywała, piszczała, szalała. Kelnerka na prośbę innych gości lokalu zwracała im kilkukrotnie uwagę by uciszyli dzieciaki. Nie zrobili z tym nic. Jeszcze byli OBURZENI, że ktoś śmie im zwracać uwagę… także jestem za strefami bez dzieci. Bo o ile one może same z siebie nie rozumieją jeszcze pewnych kwestii to ich rodzice już powinni…

  • No i gdzie ta wojna? 😉 Też jestem za.

  • Jeżeli ktoś otwiera sobie lokal i ma kaprys opatrzyć go tabliczką „Strefa bez [TUTAJ WSTAW COKOLWIEK]”, ja jestem na tak.

    Mój lokal = moja sprawa = mój cyrk = moje małpy 🙂

    • W podobnym tonie chciałem napisać.

    • Fili PX

      Tak tak.. napisz: Strefa bez murzynów, strefa bez muzułmanów, czy coś w tym stylu – a lokal będzie zaraz zamknięty.

  • Andzia Pachulska

    Dziekuje, trafnie ujęte, jestem za.

  • Ja tez jestem na tak.
    jedyne moje ale do restauratorow jako takich: jak juz sie decyduja na bycie miejscem przyjaznym dzieciom, to niech zadbaja o odpowiedbie warunki.

  • całkowicie się z Tobą zgadzam. w sumie mam wrażenie, że odkąd jestem mamą to nawet jakoś tak jeszcze przychylniej patrzę na strefę bez dzieci 😉

    jasne to nie jest miłe i fajne, kiedy ktoś nas nie chce. a kiedy ktoś nie chce naszych najukochańszych dzieci to już w ogóle dramat. no ale świat nie jest naszą własnością. są też inni ludzie, ich pragnienia, ich potrzeby, ich granice.

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    Zgadzam się. Jest coraz więcej fajnych miejsc tworzonych typowo dla rodzin dziećmi – z kącikiem zabaw, dziecięcym menu, różnymi animacjami – więc nikomu nie stanie się krzywda, jeżeli w kilku innych miejscach powstaną z kolei strefy bez dzieci,tak dla równowagi. Sama lubię mieć taką alternatywę, kiedy wybieramy się gdzieś z mężem tylko we dwoje 🙂

  • Trudno się nie zgodzić. Ja bym poszedł dalej i objął zakazem dzieci do lat 10. One też nie są święte i „rozrabiać” potrafią. W każdym mieście jest tyle restauracji i innych kawiarni, że każdy znajdzie coś dla siebie.

    • Dzieci trzeba socjalizować, ale jeden taki lokal myślę, że nikomu by nie zaszkodził.

    • Ostatnio na placu zabaw trzech 10-latków zaczęło się kręcić na karuzeli i komentować: „Ale zapier….!” -_- Moja mama była oburzona i zapytała, kto ich tak „ładnych” rzeczy nauczył. Z uśmiechem odpowiedzieli, że szkoła. To tak trochę w ramach offtopu, a trochę w temacie 😉

  • Kiedy patrzy się na niektórych rodziców, nic dziwnego, że tworzone są takie strefy.
    Kiedyś gdy byłam w pizzerii, dwie czy trzy dziewczynki biegały, krzyczały, brały kostki lodu w ręce wyłożone dla klientów. A matki? Siedziały i rozmawiały między sobą, jak gdyby nigdy nic.
    Pani z restauracji zwróciła im uwagę i dopiero wtedy zareagowały…

    • Pół biedy, że zareagowały, bo niektórzy rodzice potrafią zacząć robić awanturę, że ktoś im śmie zwracać uwagę. To już jest bardzo nie halo! :/

      • No dokładnie… „Bo to tylko dziecko”. To nie oznacza, że ma robić, co mu się podoba i przeszkadzać wszystkim wokół.

  • Aurelia Chłopek

    Nic dodać nic ująć, sama bym tego lepiej nie ujęła 🙂