Strefa bez dzieci – Ogłoś i zgiń. Matki nie biorą jeńców.

Ten wpis nie przyniesie mi popularności, ale muszę to napisać! Jeżeli ktoś otwiera sobie lokal i ma kaprys opatrzyć go tabliczką „Strefa bez dzieci”, ja jestem na tak. I to nie tylko dlatego, że ma do tego prawo, bo to jego własność.

Słowem wstępu i podstępu

Czytałam sobie dziś histeryzowanie (tak, to odpowiednie słowo) ludzi pod pewnym artykułem. Była w nim mowa o właścicielu restauracji, który zdecydował się wprowadzić zakaz wstępu dla dzieci poniżej 5 roku życia. Tak właściwie listę jego grzechów można by na tym zamknąć. Bandyta z zimną krwią zamknął restaurację dla dzieci. Dla ślicznych, uroczych maluszków, bąbeluszków, pączuszków i fasolek… które sobie troszkę krzyczały. Troszkę sobie biegały. Troszkę różne rzeczy przewracały. Troszkę przeszkadzały pozostałym gościom, np. niewinnym podkradaniem im żarcia z talerza, czy zaczepiając w inny sposób. I troszkę głośno oglądając bajki na tabletach i innych urządzeniach. Ale to nie jest wina tych słodkich pacholęt. O nie! Jestem pewna, że ten człowiek nie postawiłby tabliczki „Strefa bez dzieci”, gdyby go do tego nie zmusili rodzice tychże dzieci! To brak reakcji dorosłych na zachowanie swoich pociech sprawił, że właściciel podjął taką decyzję. Także kto tu jest ten zły i nie fajny? Ja? Przedsiębiorca? A może jednak… o kurna… czyżby rodzice niezważający na swoje rozwydrzone dzieciaki? Toż to siok! Siok i niedowierzanie!

Strefa bez dzieci – ogłoś i zgiń! Matki nie biorą jeńców!

Do napisania tego wpisu najbardziej przekonały mnie komentarze ludzi o: tworzeniu gett. Zrobieniu strefy bez studentów socjologii, wolnych od osób niepełnosprawnych, czy z zakazem wstępu dla ludzi powyżej 60 roku życia. Było tam też parę smaczków w guście: skoro moje dziecko nie krzyczy w restauracji to znaczy, że żadne inne dziecko świata nie krzyczy w restauracji, bo znam świat tylko z perspektywy własnego nosa. A skoro problem dla tej osoby nie istnieje, to znaczy, że jest wydumany i „strefa dla dzieci” to istna przemoc, łamanie prawa i dyskryminacja wszystkich świętości. O mniejszości etniczne i wzajemne pociski międzynarodowe też ludzie zdążyli tam zahaczyć. Cyrk na kółkach, mówię Wam. 

Moje skromne zdanie, z którym wcale nie musisz się zgadzać.

Jestem mamą. i… wbrew pozorom jestem na TAK. Mnie „Strefa bez dzieci” nie obraża, ani nie dyskryminuje. Uważam, że fajnie jest wybrać się do restauracji w ciągu dnia i mieć 100% pewność, że nie usłyszy się tam dziecięcych pisków, czy płaczu. Miło by było raz na jakiś czas, móc odwiedzić miejsce, gdzie mogłabym odpocząć wraz ze znajomymi mamami od obecności dzieci. Wiesz dlaczego? Nie potrafię się zrelaksować, gdy słyszę płacz dziecka, ponieważ chcę się poderwać i biec mu na pomoc. W gruncie rzeczy to jest dość stresujące, jeśli sama jesteś mamą wiesz, jak nas zaprogramowała natura. Kątem oka zawsze obserwuję cudze dzieci, a już szczególnie, gdy widzę, że ich zachowanie jest nadto swawolne i może stać im się krzywda. Lecz ja nie patrzę, by oceniać. O nie! Ja waruję jak suka nad szczeniakami, by móc w każdej chwili pomóc, uratować. Dla Ciebie moje zachowanie jest głupie, dla mnie to natura człowieka, coś z czym boryka się niejedna matka. 

Strefa bez dzieci – dlaczego jestem na TAK

Rzadko mam okazję gdzieś się wybrać, ale jak nie mam ochoty napatoczyć się na happy family z dokazującymi pociechami, po prostu wychodzę na miasto wieczorem. Aczkolwiek nawet ta strategia nie wypala, jeżeli spotkam na mieście wyluzowanych rodziców, którzy uważają, że godzina 21:00 to idealna pora, by odwiedzić ogródek piwny z płaczącym niemowlęciem w wózku. This is madness! Między innymi takie sytuacje zmuszają właścicieli knajpek do wprowadzania pewnych obostrzeń. A czemu ludzie tak bardzo się o to wściekają? Nie wiem. Bo przecież skoro zupełnie legalnie działają puby, gdzie wstęp jest dozwolony dopiero od 21 roku życia i nikt z tego nie robi afery, to dlaczego ludzie świrują, jak ktoś chce powiesić tabliczkę „Strefa bez dzieci”? Czy może mi to ktoś logicznie wytłumaczyć? Dla mnie to dokładnie taka sama sytuacja, a nawet w tej pierwszej „dyskryminujemy” o wiele większą grupę ludzi. 

Podsumowując

„Wszystkie dzieci nasze są.” Ale! W każdym większym mieście jest kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt knajpek, kawiarenek, barów i restauracji. Jeżeli jedna, czy dwie wprowadzą zakaz wstępu dla dzieci, świat nie spłonie i nie pogrąży się w chaosie. Obiecuję. Zawsze możesz pokazać im figę z makiem, obrócić się na pięcie i pójść gdzie indziej. Nigdy żadne miasto nie pozwoli sobie na sytuację, by w jego granicach nie było ani jednego lokalu otwartego dla rodzin z dziećmi. Dlatego rozejdźmy się w pokoju.

A teraz idź pobuszuj na moim fanpage, zanim całkowicie mnie znienawidzisz 🙂

PS: Też kiedyś byłam przeciwna strefom bez dzieci. Z tego (klik) wpisu dowiesz się dlaczego kiedyś uważałam, że zawsze mam rację.

(Wizyt 10 433 times, 2 wizyt dzisiaj)