Zamiana dzieci – moje szpitalne wspomnienia

Prawie dziesięć lat temu miałam okazję poczuć się jak główna bohaterka filmu. Niestety moja historia w niczym nie przypominała komedii romantycznej. To było bardziej jak mrożący krew w żyłach thriller! Po urodzeniu mojego synka personelowi szpitala przydarzyła się… zamiana dzieci!

 

Tragiczna w skutkach zamiana dzieci

Co kilka lat mediami wstrząsa informacja o zamianie dzieci w szpitalu. Zszokowani rodzice dowiadują się, że wychowywali nie swoje dziecko, a ich własne żyło z zupełnie obcymi ludźmi. Po paru dniach medialny szum cichnie, lecz w rodzinach, które dotknęła ta tragiczna pomyłka, jeszcze długo pobrzmiewa echo tego wydarzenia. Długo dochodzą do siebie, nie tylko rodzice, ale i dzieci. Bardzo często do przywrócenia równowagi w rodzinach potrzebna jest pomoc psychologa. Powrót do biologicznych rodziców jest możliwy bez większych szkód dla delikatnej psychiki dzieci, póki są jeszcze malutkie i nie będą wszystkiego pamiętały. Sytuacja staje się poważniejsza, gdy pomyłka wychodzi na światło dzienne wiele lat później. Zamiana dzieci to nie błahostka. Część rodzin podejmuje decyzję o niezmienianiu niczego, ponieważ poświęcili wiele lat na opiekę i wychowanie (nie)swojego dziecka, kochają je, mają mnóstwo wspólnych wspomnień i już nie wyobrażają sobie bez niego życia. Dziewięć lat temu nie przypuszczałam, że i ja kiedyś mogę stać się częścią tej historii.

 

Dziecko jest rozdzielane z matką

Kilkadziesiąt godzin po porodzie mój synek dostał żółtaczki fizjologicznej. Przestraszonej, młodej mamie wytłumaczono, że „to „normalne i tak się zdarza”. Odtąd jeszcze częściej zabierano mi go na badania, a także na naświetlania. Często odwożono mi go z pełną pieluchą i w mokrych ubrankach (zawsze dawałam do „akwarium” zapasowe pieluszki i ubranka na zmianę, pieluszki wracały, ubranka „znikały”), byłam zbyt wystraszona, żeby się skarżyć, atmosfera na oddziale i tak nie była najlepsza. Wciąż krążyła wieść, że na „tyle kobiet’ pracowały tylko dwie położne i miały dużo pracy, ledwo się wyrabiały. To pewnie była prawda i niestety bardzo źle wpływało to na odnoszenie się personelu do tzw. problemowych pacjentek. Problemowych, czyli każdej, która o coś zapytała, poprosiła lub nie umiała się zająć drobniutkim maleństwem. Były też oczywiście położne i stażystki na medal – to właśnie tam spotkał mnie mój „anioł” z położniczego.

W życiu nie miałam styczności z tak malutkim dzieckiem. Nikogo nie obchodziło, że obolała po cesarce nie umiałam szybko i sprawnie umyć czy ubrać noworodka, bo przez swoją niskorosłość (jestem dziewczyną z wyrokiem) nie dosięgałam do szpitalnej wanienki, czy przewijaka. Położne wyrywały mi z rąk rozwrzeszczane dziecko i z aferą na ustach „poprawiały” po mnie. Przydałaby się tam zamiana, owszem, ale niektórych pielęgniarek. Nie mówię, że wszystkie takie były, o nie! Ale niektóre panie były naprawdę bardzo nieprzyjemne. A ja byłam „ta problemowa”. Ta, która ze łzami w oczach i drżącymi rekami próbuje opatulić płaczące z zimna dzieciątko, a wrzeszczenie na nią tylko pogarszało sytuację. Nastroju nie poprawiały mi też ciągłe rozłąki z synkiem. Nie wiem jak jest teraz, podobno po sprawie Julki B. sytuacja w szpitalu uległa poprawie, ale wtedy – dziesięć lat temu w naszym szpitalu „bywało różnie”. To chyba najbardziej dyplomatyczny opis sytuacji jaki mogę z siebie wykrzesać.

 

To nie moje dziecko!

Pewnego dnia, jakby nigdy nic, odwieziono mi po badaniach dziecko do sali. Ale coś mi w nim nie pasowało.

– No nie, nawet kocyk nam zabrali – pomyślałam zrezygnowana.
Zajrzałam do środka „akwarium”, a tam leży sobie kudłaty bobas, ze dwa razy większy od mojego synka i patrzy na mnie brązowymi oczkami.

– To nie moje dziecko – krzyknęłam przerażona.

– No jak to nie pani? – fuknęła w odpowiedzi pielęgniarka.

– To nie on! Mój synek jest mniejszy, ma blond włoski i niebieska oczka, nie zapomniałabym po godzinie, jak wygląda moje dziecko! – odpowiedziałam coraz bardziej zdenerwowana.

– O co pani chodzi, nazwisko Miniaturowa? Tak. Płeć dziecka, syn? Tak. Po cesarce? Tak. Wszystko się zgadza, o co pani chodzi?!

– TO. NIE. MOJE. DZIECKO! GDZIE MÓJ SYN?! – zawyłam kompletnie tracąc panowanie nad sobą.

– Niech się pani uspokoi, po co te nerwy – odpowiedziała na odchodnym wyjeżdżając z brązowookim misiaczkiem z mojej sali.

Mniej więcej po godzinie zjawiła się inna pielęgniarka z „moim” akwarium, z MOIM dzieckiem, śpiącym pod JEGO kocykiem. Okazało się, że dzień po mnie rodziła kobieta mająca tak samo na nazwisko, nawet imiona miałyśmy podobne. Obie jesteśmy z tego samego miasta, tylko z różnych dzielnic. Byłam przerażona tym jak łatwo w szpitalu może przydarzyć się zamiana dzieci. W sumie nie dziwię się personelowi, nie mają przecież obowiązku znać wygląd wszystkich noworodków na oddziale, a oznaczenia na opaskach, jak się okazało w naszym przypadku – są niewystarczające. Byłam przerażona.

 

A co by było gdyby…?

Parę dni temu przypomniała mi się ta szpitalna „przygoda” i zaczęłam się zastanawiać, a co by było gdyby? Gdybym ani ja, ani pani X. z różnych względów nie widziały swoich synów po porodzie? Gdybyśmy leżały nieprzytomne, otumanione lekami i nie kojarzące co się wokół nich dzieje. Wtedy jedyna nadzieja spoczywałaby w rodzinie. Czy zauważyliby, że dziecko „nie pasuje” do reszty rodziny? Czy zamiana dzieci zostałaby odkryta? Mój synek jest bardzo podobny do swojego Taty i po części do mojej Mamy (czyli chyba i do mnie), ale zdarzają się sytuacje, że noworodek z początku jest podobny jedynie do samego siebie. Właśnie wtedy może dojść do tragicznej w skutkach pomyłki, której nam na szczęście udało się uniknąć.

Bądź czujna.

PS: Zamiana zdarzyła nam się później jeszcze raz. Lecz już nie tak drastyczna. Przy wypisie ze szpitala dostałam dokumentację medyczną Pani X. i jej synka. Na szczęście w porę się zorientowałam i odniosłam. Ech, oby nigdy więcej!

Pozdrawiam,
Pani Miniaturowa <– odwiedź mnie na facebooku.