niepełnosprawny student

Niepełnosprawny student w wyższej szkole przetrwania

Zwisając ze służbowego fotela niczym chorągiewka bez wiatru, wpadam w stany melancholijne. Ach, a gdyby tak cofnąć się w czasie i znów znaleźć się na studiach? W sumie było fajnie. Człowiek wyrwał się od garów i pieluch, na obce gęby trochę popatrzył, fajnych ludzi poznał, a przy okazji zdobył jedne z najważniejszych papierów w jego życiu. Bo ja jestem z tych, którym studia naprawdę uratowały skórę i zapewniły fajną przyszłość. Podobno jestem niechlubnym wyjątkiem od reguły, no ale cóż… być może to nie Twoje studia są do dupy, tylko Twoje podejście do nich? No już nie ważne, bez spiny! Opowiem Ci, jakie życie ma niepełnosprawny student w wyższej szkole przetrwania.

This is Spartaaaaaaa!!!

Rozmawiając z koleżanką, doszłyśmy do wniosku, że studia dla takich osób jak ja (niepełnosprawnych fizycznie, ruchowo) nie są jakimś wybitny wyzwaniem. Uczymy się przecież głową, a nie nogami, czy rękami, aczkolwiek rozumiem, że różni ludzie mają różne ograniczenia. Dostosowania i ułatwienia dla osób posiadających różne stopnie i rodzaje niepełnosprawności są jak najbardziej przydatne i mega potrzebne! Jednocześnie uważam, że nie każdy w tym kraju musi studiować i poziom na uczelniach nie powinien być sztucznie obniżany pod potrzeby leni, nieuków i olewatorów. Powinniśmy wspierać osoby, które z powodu swojej niepełnosprawności mają trudności z dotrzymaniem kroku swoim sprawnym kolegom z roku, lecz nie wyręczać!

Studia są super!

Bardzo ceniłam sobie moją obecność na uczelni, ponieważ… no napiszę prosto z mostu. Mój ówczesny facet zrobił mi awanturę o studia. Dowiedziałam się, że to jest mój sposób, aby porzucić jego i dziecko. LOL WHAT? Sprawę oczywiście postawiłam jasno: idę na Politechnikę i w nosie mam Twoje protesty i wmawianie mi, że nie dam sobie rady. Co, ja nie dam rady?! Potrzymaj mi colę! 

Na studiach taka zahukana mamuśka jak ja, odżyła! Na studiach poznałam cudownych ludzi, z którymi kontakt mam do dziś. Miałam też kilka godzin dziennie przerwy od pieluch, mleczka i śliniaczków. Lecz jedno jest pewne, studia to nie spa dla młodych matek! Bywały też trudne chwile, jak nauka do egzaminów przy szpitalnym łóżku na oddziale dziecięcym. Nie brałam żadnych urlopów, dziekanek, a L4 od lekarzy były nierespektowane. Profesorów i doktorów nie obchodziło, że studentka ma chorego dziecka. Na egzamin masz umieć, albo oblejesz. Proste jak drut!  Dobra, koniec tego chwalenia się moim bohaterstwem – czas trochę ponarzekać powspominać 🙂 

Niepełnosprawny student w wyższej szkole przetrwania

Na uczelni generalnie nie było źle. Władze uczelni nie były tutaj nic winne, to po prostu ja jestem wyrośnięta inaczej. Opowiem Wam jakie niedogodności mnie spotkały. Tak w ramach ciekawostki, ale i by otworzyć ludziom oczy na zwykłe-niezwykłe sprawy, które troszkę utrudniają innym życie. Jeżeli mam tutaj Czytelnika dewelopera, architekta, osobę odpowiedzialną za projektowanie wnętrz i ich wyposażenie – czytajcie uważnie! 

Gdzie jest tron dla księżniczki?

Mieliśmy piękne sale teatralne, jak ja to nazywam, gdzie rzędy składanych foteli są ułożone piętrowo. Fotele oczywiście były głębokie i wygodne… dla ludzi normalnego wzrostu. Razu pewnego, siedząc sobie grzecznie na wykładzie zostałam zrugana przez pana doktora profesora czegoś tam, czy mi przypadkiem nie jest za wygodnie, że tak sobie leże wyciągnięta w tym fotelu, że PRAWIE MNIE NIE WIDAĆ 🙂 Cała sala ryknęła śmiechem, a ja wybąkałam, że siedzę prosto, a mnie nie widzi, bo jestem mała! Poczerwieniał ze złości i czepił się koleżanki, która siedziała obok. Zapytał jej o to samo. Koleżanka zrobiła głupią minę, a ja już nieco głośniej wybąkałam – panie profesorze, bo koleżanka też nie grzeszy wzrostem! Pofuczał, pobuczał, ale dał nam spokój 🙂 Ach ten niepełnosprawny student, leży sobie w fotelu, prawie go nie widać!

O dziwo sprawiedliwości stało się zadość i drugi, poważny problem dotyczący krzeseł, dotykał już bez różnicy, czy ktoś ma orzeczenie, czy nie. Krzesła miały stoliczki, takie wiecie, jak w amerykańskich filmach. I one są PRAWOSTRONNE. Wiesz jaki to dramat dla mańkuta kilka godzin dziennie garbić się i wyginać, żeby zanotować wykład? Generalnie to mogłam mieć w dupie i nie notować, ale ja nie z tych. A wykłady były u nas obowiązkowe.

O tym, że krzeseł na sali było czasami mniej niż studentów na roku, to chyba nawet nie mam co wspominać. Po prostu byli uprzejmie zdziwieni, że zjawiali się wszyscy! Zwłaszcza na egzaminach. Moja „ulubiona” profesor powiedziała, że każdy kto nie będzie miał krzesła, ma wyjść z sali i ma oblany egzamin. Nie ma to jak sprawiedliwość! Ja na szczęście krzesło zdobyłam. Połamane i prawie kulawe, ale krzesło! Egzamin pisałam na kolanie. Viva la Politechnika Opolska.

Którędy na Grunwald?

Nie zna życia ten, czyja uczelnia ogarniała w nowe technologie. Nasza nie zawsze ogarniała. Zapisy na lektoraty z języków? Tylko osobiście! Wpisy do indeksu? Oczywiście do papierowego, każdy jeden z osobna, nie ma żadnego tam oddawania 100 indeksów staroście! Pani profesór ma ochotę obejrzeć każdą gębę z osobna, a wpis oceny do indeksu musi zostać poprzedzony uroczystym pojedynczym wejściem do gabinetu i rozmową w cztery oczy! Chrzanić wygodę studentów! Lajf is brutal i full of zasadzkas! Niepełnosprawny student szybko przekonuje się o tym na własnej skórze.

Dupa mi cierpła na samą myśl, że po sesji znów trzeba się będzie tłoczyć w korytarzu 3 m x 4 m razem z trzema kierunkami (każdy po 100-120 osób), by szturmem wziąć drzwi wykładowcy i zdobyć upragniony wpis. Mój rekord to 5 godzin czekania, które bardziej przypominało walkę o miejsce, choć ja to szczerze mówiąc byłam w jednym wielkim kalejdoskopie dup… dupy! Cudze dupy! Wszędzie dookoła dupy! Taaa…bycie niziołkiem nie zawsze jest takie urocze 😛

Raz uczelnia zrobiła nam dowcip i w malutkim holiku zgromadziła pincet osób, które chciały się zapisać na języki. Widziałeś kiedyś Animal Planet jak antylopy gnu spychały się jedna za drugą z krawędzi urwiska i wpadały do rzeki, w której czekały już na nie krokodyle? Gdy były organizowane zapisy na lektoraty, każdy niepełnosprawny student mógł poczuć się, jak taka stratowana antylopa. Było zabawnie, dopóki nie ogarnęłam, że zaraz odpłynę, bo nie mam czym oddychać. Tłum mnie tak ściskał, że gdybym podniosła nogi do góry, dalej wisiałabym w miejscu. Wreszcie słabnącym głosem zakwiliłam Smerfowi, że musi mnie stamtąd wyciągnąć, bo ja zaraz zemdleję! Smerf Maruda (widujecie go czasami na moim fanpage) wyszarpał mnie bezceremonialne za szmaty, posadził na ławce i ruszył w dalszy bój po zapisy. Przypadkiem zapisał nas do przesympatycznej Pani z angielskiego. To był świetny wybór! Na chybił-trafił 🙂

Nogi wygrałam na loterii!

Na drugim roku studiów wysiadły mi nogi. Tak na cacy. Ruszyło zwyrodnienie biodra, z którym było coraz gorzej, aż do operacji, którą miałam w listopadzie 2017 roku. Domyślam się, że ułożenie planu zajęć dla kilku tysięcy studentów, to nie taka bułka z masłem. Ale serio… na studiach można oszaleć. Teleportowanie się w 10 minut na drugi koniec miasta? Jasne, czemu nie. Bieganie cztery razy tam i z powrotem wzdłuż jednej ulicy (od jednego końca do drugiego), bo zajęcia są na zmianę w trzech różnych budynkach? Jasne, czemu nie. Wszystkie trzy budynki nie miały żadnych dostosowań dla osób niepełnosprawnych, że o windzie nie wspomnę. Nie każdy niepełnosprawny student dawał fizycznie radę w trakcie tego maratonu. Ja się w miarę dobrze czułam i jeszcze jako tako cieszyłam zdrowiem, a naprawdę chwilami miałam dość tego galopu. Na szczęście znajomi z roku starali się mi pomagać, dzięki! :-*

Są rzeczy ważniejsze niż bariery i niedogodności

Studia to ludzie, możliwość obcowania z nimi, poznawania ich. To właśnie na nich niejedno z nas poznało przyszłych mężów, żony, czy przyjaciół na całe życie. Nigdy nie żałowałam, że poszłam na studia. To było najfajniejsze pięć lat mojej edukacji. Choć bywało trudno i przeżyłam chwile zwątpienia i załamania, gdy chciałam to wszystko rzucić w cholerę – przetrwałam! Dzięki ludziom, którzy podnieśli mnie z kolan, wytarli łzy z policzków i kopnęli w tyłek, żebym się ogarnęła, bo zbliża się sesja. Tak, studia to wspaniałe doświadczenie. Warto je zaliczyć. Nie dla mamy i taty. Nie dla papierka. Nie dla wyższego mniemania o sobie. Dla ludzi, których możesz tam spotkać. 

 


Pani Miniaturowa <— poznaj dużą historię małej kobiety – niepełnosprawnej, niskorosłej mamy o ciętym języczku i olbrzymim poczuciu humoru!