Historia mojego blogowania – MEGA WPIS!

Historia mojego blogowania jest dość długa, choć przetykana równie długimi przerwami. Blogosfera była moją miłością od najwcześniejszych lat, lecz często rozstawałyśmy się ze sobą, by za jakiś czas znów do siebie wrócić. Nigdy jej nie rozumiałam, była jak kapryśna dziewczyna o zmiennym charakterze. Jak pierwsza wiosenna burza. Zachwycała, niczym najcudowniejsza tęcza, ale i czasem brzydziła, jak kawałek padliny znalezionej w lesie. Zapraszam do lektury, moja historia tym razem jest całkiem sympatyczna.

Kiedy się to zaczęło?

Ta historia ma swoje początki w 2001 roku. Oznacza to, że pierwszego bloga założyłam w wieku dwunastu lat. Aż mi się kłaki na cyckach zjeżyły, to już szesnaście lat! Brrr! Mogłabym się lansić, że jestem jedną z najdłużej blogujących osób w polskiej blogosferze, ale tego nie robię. Czemu? Po pierwsze, prawdopodobnie jest mnóstwo osób, które blogują o wiele dłużej niż ja. Po drugie, uważam, że nie liczy się to, ile czasu ktoś bloguje, ale JAK bloguje. Nie będę Wam ściemniać, że zawsze trzymałam taki poziom jak dotychczas. O nie. Ja się blogowania dopiero uczę. Wciąż szlifuję warsztat, walczę z tymi cholernymi przecinkami, których kiedyś było za mało, a teraz jest za dużo. Pracuję nad tym, jak w sposób jasny i czytelny przelewać swoje myśli na papier. Choć w tym przypadku poprawnie byłoby napisać „na klawiaturę”, „na komputer”? 🙂

Historia pierwszego bloga – to było dawno temu i nieprawda 🙂

Mój pierwszy blog był… Ugh. On był… no wiecie. Teraz byłby klasykiem obciachowego bloga nastolatki, a wtedy to było super cool! Jakżeby inaczej, czarne tło i białe literki, bo „lubię mrok”. Nie pisałam o tym, jaka to ja smutna i nieszczęśliwie zakochana, o nie! Dzieliłam się z czytelniczkami tym, co jest najważniejsze dla dziewczynki w tym wieku. Muzyka, chłopacy i koleżanki. Pisałam co tam u mnie. To był całkiem niegroźny blog. Miałam stałe czytelniczki, które zawsze chętnie zostawiały mi pozytywne komentarze. „Super wpis, zapraszam do mnie”, „Fajny wpis, wpadnij na stronę…”. Wtedy nie wiedziałam, że to zwykły spam. Bardziej „doświadczone” koleżanki instruowały nowicjuszki, że liczy się, żeby było DUŻO KOMENTARZY. I każda naiwna, początkująca blogereczka im wierzyła. Tak powstało małe blogowe inferno, gdzie organizowano konkursy, w których wygrywała osoba, która miała najwięcej komentarzy. Opisałam ten konkurs koledze, zaoferował pomoc. Och, ale się cieszyłam! Uzbierałam 1520 komentarzy… o tej samej treści. Aż mi się dziób uśmiecha, jak myślę o tamtych zabawnych czasach. Wiecie jak to zrobił? Wpisał komentarz, postawił klawiaturę na podłodze i przycisnął enter krzesłem. I tak mi się nabijały te komentarze, jeden za drugim. Trzymał krzesło 40 minut! 🙂 To się nazywa poświęcenie dla koleżanki!

Później trochę zmądrzałam – z naciskiem na trochę

Zaczęłam odwiedzać więcej blogów i zauważyłam, że wszyscy mają te same, kopiowane komentarze. Żadnych pytań, rozmów, tylko „super wpis”. Wtedy mnie olśniło, że to wcale nie jest fajne. Stwierdziłam, że ja chcę czegoś więcej. Że chcę być inna! Śmiałe, ambitne plany małej dziewczynki. Zamknęłam stary blog i otworzyłam nowy. Nadal czarny, lecz już nie „pamietniczek-dzienniczek”, tylko coś innego. Ale o czym może pisać nastolatka? Wtedy nikomu by do głowy nie przyszło, żeby dziecko pisało o jakiejś firmie odzieżowej za tajemniczą przesyłkę z ciuchami Made in China. Nie ta bajka, nie ta historia. Widziałam mnóstwo blogów z obrazkami, gdzie można było się nimi wymieniać, czy po prostu brać sobie, by używać na swoim blogu. Ja poszłam krok dalej. Wrzucałam mroczne (jakżeby inaczej 🙂 ) obrazki, które później w natchniony sposób opisywałam. Niektóre udawało mi się opisać wierszem. Łoo hoo! Ale miałam branie! Wreszcie przestałam dostawać komentarze TYLKO z treścią „super wpis”, ale też zaczęły pojawiać się o treści „nigdy czegoś takiego nie widziałam, fajnie piszesz”. „Piękny wiersz, będę cię częściej odwiedzać”. Byłam taka zadowolona z siebie, że pokazałam dziewczynom coś innego i to się spodobało. Pochwały uzależniają, ale chyba nie na tyle, abym dziecięcego bloga prowadziła dłużej niż kilka tygodni.

Kilka lat później

Wciąż ciągnęło mnie do pisania. Niestety, pani polonistka nie doceniała pokładów kreatywności, jakie we mnie drzemały. Wszystkie wypracowania oceniała na 3. Ortografia! Styl! Gramatyka! Interpunkcja! Krzyczały czerwone noty na marginesach. Tępym nożem obżynała mi skrzydła przy samej dupie. Nigdy nie udało mi się uskrobać więcej niż 4 z wypracowania. Czasem w przypływie litości zostawiała notkę pod tekstem „bardzo ciekawy, kreatywny pomysł, ale ocena obniżona za…”. Cóż, nie każdy jest stworzony by zdobywać literackie nagrody. Na przekór wszystkiemu, nadal lubiłam pisać. Założyłam kolejnego bloga. Spamu już nie było, ale wpisy wciąż błagały o pomstę do nieba.

Mała dygresja…bardzo mała 😉

Zresztą… do teraz, gdy cofam się do artykułów sprzed roku, kilku miesięcy, a nawet tygodni(!), mam ochotę wszystkie je skasować. Według mnie są beznadziejne, słabe i teraz czuję, że napisałbym to o wiele lepiej. Wiem, że sporo osób ma tak samo, dlatego ostatecznie ich nie kasuję. Bo to nie miałoby sensu, za jakiś czas znów by mi się nie podobały i tak w kółko. Lecz wróćmy do tematu – moja historia blogowania nie zakończyła się na dziecięcym blogasku, o nie! Gdy miałam szesnaście lat blog przyniósł mi pierwsze stałe czytelniczki, a co najważniejsze – znajomości, które przetrwały aż do dziś – pozdrawiam Ciemna! Mam nadzieję, że to czytasz 🙂 Blogowanie jest jedną z ciekawszych form nawiązywania internetowych znajomości. O ironio, niektóre autorki są mi bliższe, niż ludzie z mojej klasy…

Zdradziłam blogosferę

Historia mojego blogowania może nie jest pełna zwrotów akcji, ale tego na pewno się nie spodziewaliście – miałam kochankę! Zdradziłam blogosferę na rzecz portalu miejskiego, gdzie można było publikować swoje artykuły. Każdy mógł się tam zalogować i pisać o rzeczach ważnych dla lokalnej społeczności. My – dziennikarze obywatelscy – mogliśmy się poczuć ważni i potrzebni. Tak, to było przyjemne uczucie. Jeszcze milej mi było, gdy dostałam zapytanie z lokalnej gazety, czy mogłabym udzielić wypowiedzi na dany temat. Byłam młodziutka, nigdy wcześniej nic szczególnego mi się w życiu nie przydarzyło. W żaden sposób nie byłam przez nikogo wyróżniona. Dlatego te parę słów, które zacytowano w artykule, sprawiły mi wielką radość. Do naszego domu przyjechał fotoreporter, zrobił mi i Omenowi fotkę. Do dziś trzymam w szufladzie ten numer gazety. Na pamiątkę.

Pierwsze sukcesiki

Już wtedy starałam się, żeby moje artykuły na portalu miejskim nie były tylko i wyłącznie na tematy błahe. Oczywiście nie zawsze mi się to udawało i nie zawsze moje wpisy były ciekawe, ale ogólnie byłam zadowolona z tego co robię. Raz, czy dwa dostałam pytanie z redakcji, czy wyrażam zgodę na przedruk mojego tekstu do gazety. Jeden z moich wpisów zwrócił uwagę zarządu miejskiej komunikacji na problem z podróżowaniem autobusami przez osoby niepełnosprawne i rodziców z wózkami dziecięcymi. Zmieniono rozkład jazdy na dogodniejszy oraz dodano kursy autobusów niskopodłogowych w dzielnicach peryferyjnych. To były moje pierwsze małe sukcesiki, które jeszcze bardziej umacniały moją miłość do pisania. Miałam nawet hejtera! Wow! Niestety wtedy nie rozumiałam do końca sensu istnienia ludzi z bólem dupy. Nie umiałam olać chamskich komentarzy, dlatego znów rozstałam się z pisaniem na jakiś czas. Nazwijmy to przerwą na macierzyński i na studiowanie 🙂 Bo (klik) studia to nie spa, nie było taryfy ulgowej dla młodych mam!

Powrót młodej gniewnej

Nie zdążyłam dobrze skończyć studiów, a już kotłowało się we mnie tyle myśli, tyle emocji, że ponownie postanowiłam założyć bloga. Padłam w ramiona drugiego stopnia ekonomii oraz blogowania. Ale jak miałam w życiu, tak miałam w sercu. A to przelewało się na moją stronę. Byłam zła, wulgarna (dobra, nadal jestem), pyskata, pisałam o rzeczach złych i smutnych. Bo moja historia nie zawsze była kolorowa. Toksyczny (klik) związek zakończony twardym lądowaniem długo wyłazi z człowieka. Wyobraź sobie, że w całym ciele masz (klik) wbite kolce, które jeden po drugim mozolnie próbujesz z siebie wyciągnąć. Jest ich setki, tysiące. Ciągle bolą i krwawią. I musisz powiedzieć dziecku, że (klik) tata już nie wróci. Czujesz, że za wszelką cenę musisz się ich pozbyć. Właśnie w tym pomógł mi blog Parzydełko – życie parzy, gdzie mianowałam się Meduzą. Tam rozprawiłam się z bolesną przeszłością. Pisanie dla wielu ludzi pełni rolę terapeutyczną. Jestem jedną z nich. Przy okazji moimi tekstami pomogłam kilku kobietom, które padły ofiarą przemocy domowej. Oraz ostrzegłam młode dziewczęta czego (klik) powinny się wystrzegać w relacjach z mężczyznami. Dostawałam wiadomości „dziękuję, że jesteś”. To mi w zupełności wystarczało, by pisać dalej.

Nowe życie – nowy blog

Na szczęście życie pisze również pozytywne historie. Wraz z lepszymi czasami przyszła pora na nowy, sympatyczniejszy w odbiorze blog – Panią Miniaturową. Choć nadal uwielbiam pisać prosto z mostu, kontrowersyjnie lub na trudne tematy, wydaję mi się, że piszę to wszystko z zupełnie innym nastawieniem niż kiedyś. Teraz o wiele więcej u mnie tematów okołodzieciowych i osobistych wspomnień pisanych z perspektywy kobiety, która kiedyś była Dzieckiem Szpitali. Od czasu do czasu staram się błysnąć humorem. Zdarza mi się też eksperymentować z formą, co można było zaobserwować we wpisach, Gatunek Bloger, Nazwała mnie mordercą, Spacer z przepisem na życie, czy w najnowszym – Dzielę na trzy. Jak widzicie ze mną i u mnie raczej nie da się nudzić, a jeśli tylko zaczniecie, natychmiast dajcie znać, jaki temat mam ugryźć. Lubię wyzwania!

Oto moja historia – mam nadzieję, że Wam się spodobała.

Jeżeli uważasz, że ktoś polubi niepełnosprawną kobietę, która postanowiła prowadzić jedyny w swoim rodzaju blog parentingowy – zaproś ją proszę do polubienia fanpage Pani Miniaturowej. Razem poznajcie najmniejszą autorkę polskiej blogosfery 🙂