Święta, w które nie chciałam prezentów

Listopadowy wieczór. Siedzimy na sali z grupką dziewczynek i staramy się zająć sobą. Wtedy nie było książek i zabawek w dziecięcych szpitalach. Były brzydkie pokoje, chybotliwe krzesełka i stoły pokraczne jak my. Powykręcane, kulejące, garbate. Koszmarki pana doktora. Tak nas czule nazywał. Stałyśmy przytulone czołami do zimnej szyby, właśnie zaczął padać pierwszy śnieg w tym roku. Wtedy jedna z dziewczyn zapytała – a co jeśli nie wrócimy do domu na Święta? 

Powiedziała na głos to, o czym żadne ze szpitalnych dzieci myśleć nie chciało. Przywołała największe dziecięce lęki. Nie, że nie będziemy widziały choinki. Nie, że nie dostaniemy prezentów. Nie, że nie będziemy czuły zapachu barszczu nalewanego na uszka. Lecz, że być może na Święta do domu nie wrócimy. Nie zdążymy. Bo wszystkie czekamy na operację. O tym myśleć nie chciałyśmy, a natłok zajęć skutecznie nasze myśli od przykrych spraw odciągał.

Bądź dzielna Koszmarku

Byłyśmy dziećmi szpitala. Miałyśmy ćwiczyć, rozciągać kręgosłupy przed zabiegiem i nie płakać na autotransfuzji. To ostatnie nie zawsze się udawało. Za pierwszym razem, zanim pielęgniarka wbiła mi w rękę gigantyczną igłę, połączoną długą gumową rureczką z plastikowym woreczkiem, który za moment miał się wypełnić moją krwią, popłakałam się ze strachu. Po tygodniu było lepiej, po dwóch prawie już się nie bałam. Musiałyśmy przez to przejść. Najlepszą krwią dla dziecka w trakcje operacji jest jego własna, uzbierana odpowiednio wcześniej, lecz zużyta przed terminem ważności. Wiedziałyśmy, że jak któraś zaczyna chodzić „na auto”, to już niedługo operacja. Niedługo, czyli może za półtora miesiąca. To dawało nadzieję, że już wkrótce nas wypuszczą. Jeszcze tylko miesiąc, dwa. W takie dni mało która pamiętała, że jest na świecie coś takiego jak Święta.

Tęskniłyśmy za domem

Dzieci szpitala zawsze tęsknią. Za mamą, tatą, ukochanym zwierzakiem. Za huśtawką w ogródku. Nawet za kałużą za rogiem. Rehabilitowałyśmy się dzielnie, rozciągałyśmy nasze powykrzywiane kręgosłupy, nie rozumiejąc niepokoju dorosłych. Byli coraz bardziej nerwowi. Strajk. Co to jest strajk? Nie wiedziałyśmy. Ostatnia do operacji będzie Agatka – wyczytał listę zakwalifikowanych doktor. Jeden chłopak, dwie dziewczyny. 1 grudnia stało się. Naprawili mnie ile mogli, choć już na zawsze zostałam dziewczyną z wyrokiem. Bo nieleczona choroba to błahostka, która mogła zabić. Lecz tym razem zyskałam nowe życie. Dziecięce marzenia odżyły – czy wrócę do domu na Święta? Wydukałam do profesora przerażona moją własną śmiałością. To był najważniejszy człowiek w szpitalu. Istny bóg. Jego słowo było prawem. Profesor spojrzał na kolegę, zerknął w dokumentację medyczną, poprosił żebym wstała i przeszła się po pokoju. Gryzłam się w język, by nie jęknąć z bólu. Ciało jeszcze się nie przyzwyczaiło do implantów, a rana biegnąca od pośladków do karku bolała niemiłosiernie. Przeczłapałam powolutku długość łóżka, nadrabiałam miną. 13 grudnia – powiedział do pielęgniarki, która skrzętnie zanotowała coś w papierach.

To były Święta, w które nie chciałam żadnych prezentów. Chciałam po prostu być w domu. I tak też się stało.