Udawany parenting

Gdy ewoluowałam z Meduzy z bloga „Parzydełko – życie parzy” w „Panią Miniaturową„, podjęłam decyzję, że mój blog nie będzie już o marudzeniu, tylko będzie to prawdziwy blog parentingowy, czyli rodzicielski. Dziś śmieję się sama z siebie, jak mogłam być tak niezrównoważona i „pisać to na głos”. Bo jaki ze mnie parenting tak naprawdę? Udawany!

Tak wiele nie robię…

Nie potrafię dla Was opisywać cudownych przepisów kulinarnych, testować zabawek, załatwiać sobie książek dla dzieci, które mogłabym recenzować, nie opisuję nawet prywatnych spraw mojego syna. Nawet nowych ciuchów dla syna Wam nie pokazuję, bo w sumie…nie jestem pewna, czy kogokolwiek by obchodziło jak Miniaturowa dba o stylówkę dziecka?  Nie piszę też dla Was bloga o „kupie i zupie” i chwała wszystkim moim koleżankom, które uważam za jednostki „true parenting”, które też tego nie robią! Ba, nawet Wam nie pokażę DIY, jak wreszcie po czterech latach oprawiłam kilka naszych portretów, nie wrzucam na fanpage dziecięcych laurek, ani nawet zbyt wylewnie nie dzielę się wszystkimi turbo-tekstami Omena, a jest ich dość sporo. Jeny, ja nawet książek nie czytam takich typowych „mamowych”, tylko wieczorami poczytuje Finansowego Ninję autorstwa Michała Szafrańskiego. No po prostu…udawany ze mnie parenting. Takie odnoszę wrażenie. A Wy?

Zawsze inna

Zawsze byłam inna, lecz wciąż uparcie chcę należeć do gatunku „parenting”, bo gdzie przygarną mnie z otwartymi ramionami? Kto jak nie inne panie, inne mamy? Mam swoją małą misję, opisuję różne sprawy, różne problemy, staram się poruszać tematy ważne, istotne, zwłaszcza dla rodziców. Pomagam otwierać szeroko zamknięte oczy, na sprawy, na które ludzie patrzą, lecz ich nie widzą. Rozumiecie? Często pokazuję Wam świat niepełnosprawnego dziecka z perspektywy tego dziecka, które już dorosło. Które już samo jest mamą i ma dziecko. Krążę też nieustannie wokół tematu przemocy, rozstań, choć jeszcze nigdy nie wgryzłam się w nie tak na 100%. Podskubuję tylko z różnych stron, wciąż nie będąc na tyle odważną, aby poruszyć tak niesamowicie ważny i ODPOWIEDZIALNY temat. Dlaczego odpowiedzialny? Bo co ja odpiszę, gdy odezwie się do mnie ofiara przemocy? Nie jestem psychologiem, ani policjantką, jaką siłę przebicia ma moje „spakuj dzieci po kryjomu i uciekaj”?, gdzie moc sprawcza w moim „idź z tym na policję”? Jaka moja pomoc w tym, gdy podam jej numer telefonu i adres ośrodka z jej okolicy, który pomaga ofiarom przemocy, takim kobietom jak ona? Mam znajomą, której nieustannie doradzam ucieczkę z domu. Czy posłuchała? Nie, dalej tkwi w domu, lecz ja ją rozumiem. Ona cierpi na syndrom ofiary, a ja nie potrafię jej pomóc, bo nie jestem na tyle wyedukowana w tej kwestii. Nie mam doświadczenia. Bardzo bym chciała pomagać takim kobietom, lecz decyzja zawsze należy do nich. To one muszą chcieć. To ona musi wstać i powiedzieć „uciekam”. Nie powiem tego za nią. Nie powiem tego za żadną kobietę.

Podaj mi moją definicję, czy to jeszcze parenting?

Nietrudno zauważyć, że przeżywam mały kryzys. Nie wiem co tu robię, po co to robię, skoro wciąż nie mam odwagi wejść głębiej, po pas, po szyję. Bo co to za udawany parenting, który parentingiem wcale nie jest? O czym pisać, jak ludzi nie interesują smutne rzeczy. Nikt nie lubi smucić się i przejmować cudzymi problemami. Przyjemniej patrzy się na kompozycje kwiatowe, urocze ciuszki, czy słucha dziecięcych szczebiotów. U mnie już tego nie ma, jest ośmiolatek prawie wyższy ode mnie, jest praca, są myśli inne, te nielubiane w głowach rodziców. Są tematy, te osobiste, te kontrowersyjne, te z gatunku „niemożliwe, że inna matka mogła tak napisać„, ano mogła, bo mnie nigdy macierzyństwo nie definiowało. Było sobie gdzieś tam na drugim, może trzecim miejscu, a przecież odcinanie z siebie metki „mama”, wcale nie oznacza, że jest się gorszą matką. Ogarniam, kocham, dbam, wychowuję, lecz nie odczyniam przy tym czarów, to nie jest ceremonia, jak przy rocznym bąbluszku, tylko zwykłe życie tysięcy kobiet i czuję się dziwnie, koronując się na nadkobietę z okazji robienia tego, co robiło przede mną miliony kobiet. Do mojej wersji macierzyństwa podchodzę z pokorą. Nie obrażam tu mam zakochanych po uszy w swoich dzieciach i widzących świat tylko w różowych okularach, ze zdjęciem dziecka nalepionym na szkła. Ja po prostu już z tego wyszłam. A może i nie? Tylko nie chcę pisać o tym rozdziale „osobiście”. Bo ja wolę pomagać. Wolę konkrety. 

Tylko czasem myślę, że nikogo to nie obchodzi. Udawany parenting, na co to komu?

Wasza Miniaturowa.