nauczanie indywidualne

Nauczanie indywidualne czy areszt domowy?

Od czasu do czasu przewija mi się przez facebookową tablicę wieść, że dzieci, które mają nauczanie indywidualne będą zamykane w domach. Brzmi groźnie. Szukam w internecie i czytam, że będzie jakoś szło tak uradzić, by niektóre lekcje miały w szkole. Czyli będzie nie fajnie, ale na szczęście nie w 100%. Co i tak nie zmienia faktu, że z punktu widzenia logistyki, organizacji czasu pracy dziecka i jego opiekunów, nie będzie zbyt kolorowo.

Lepsze jest wrogiem dobrego

Trzymam stronę rodziców, ponieważ to oni najlepiej znają potrzeby swoich dzieci, a także wiedzą, co jest dla nich najlepsze i odpowiednie. A jeżeli rodzice są zaniepokojeni rozporządzaniem ministra edukacji narodowej, to coś tu bardzo nie gra. Wszelkie działania naszego rządu powinny być tak ukierunkowane, by wszystkim żyło się lepiej. Znacie powiedzonko, że lepsze jest wrogiem dobrego? Po co zmieniać sprawy, które dotychczas funkcjonowały dobrze i satysfakcjonowały wszystkie zainteresowane strony? Najgorzej, że w tym wszystkim to rodzice i dzieci są tą najbardziej poszkodowaną stroną. Nie zamierzam szerzej komentować rozporządzenia, samego ministra, czy konfliktu na linii rodzice – ministerstwo. Opowiem Wam historię dziecka, które trafiło do aresztu domowego o nazwie „nauczanie indywidualne”. Tym dzieckiem byłam ja.

Nauczanie indywidualne = areszt domowy?

Istnieją dzieci, które lubią, potrzebują i lepiej czują się bez towarzystwa innych ludzi. Ja zanim zaczęłam chorować, byłam dzieckiem energicznym, gadatliwym i wszędzie mnie było pełno. Lubiłam inne dzieci i bardzo się do nich garnęłam, bo wreszcie miałam towarzyszy zabaw. Niestety przyszła po mnie Choroba Perthesa, przez którą na krótki czas (ok. dwa lata) zostałam dziewczynką na wózku. Ostatni rok przedszkola spędziłam w domu. Lekarze nie zdążyli mnie wyleczyć przed rozpoczęciem pierwszej klasy. Najważniejsze 10 miesięcy, które miało zbudować podstawowe relacje z dziećmi z klasy, spędziłam w areszcie domowym.  W pierwszej klasie uczyła mnie niewiarygodnie ciepła i serdeczna nauczycielka. Niestety nawet najmilsza i najciekawsza pani, nie była w stanie zastąpić mi kolegów i koleżanek, dlatego nauczanie indywidualne wspominam źle, ze względu na nudę i samotność, które mi doskwierały. Dla dziecka, które nie może chodzić, świat drastycznie się kurczy, a grono towarzyszy zabaw maleje. Nie jest łatwo zorganizować wizyty dzieci z klasy lub choćby z sąsiedztwa, jeżeli dziecko jeszcze nie miało okazji ich poznać, bo po prostu nie zdążyło. Wszak choroba towarzyszyła mi od 5 roku życia. Do szkoły mogłam pójść dopiero od 2 klasy, lecz to nie był koniec.

Dzikie zwierzątko z hodowli domowej

Nauczanie indywidualne to moja mała klątwa. Zły bumerang, który wrócił zbyt szybko, bo ponownie uderzył w podstawówce. Po operacji kręgosłupa, którą ortopedzi określili, jako „ostateczna”, czy jak kto woli bardziej obrazowo „od siedzenia, aż po sam kark”, przez rok dochodzi się do siebie. Znów miałam nauczanie indywidualne, które rok, czy dwa później zostało wznowione przez zapalenie skórno-mięśniowe – błahostkę, która mogła zabić. Artykuł gdzie opisywałam tę podstępną chorobę polecam szczególnie tym rodzicom, którzy zmagają się z zarzutami, że biegają z dzieckiem do lekarza z byle powodu. Odnajdziecie tam pociechę i potężne uzasadnienie Waszego zachowania. 

Akcja – reakcja

Nauczanie indywidualne nie pozostaje bez wpływu na dziecko, którego umiejętności życia w grupie, zachowania społeczne, reakcje na różne sytuacje, zostają zaburzone. Już nie garnęłam się do dzieci. One koszmarnie mnie irytowały. Niektórych wręcz nie mogłam znieść, ich zachowania, hałasu, który wokół siebie robiły. Nie rozumiałam zachowań „stadnych”, a wszelkiego rodzaju mody, które panowały w tym okresie uważałam za śmieszne. Bardzo odstawałam od reszty, a jednocześnie byłam zbyt uparta, żeby choćby minimalnie nagiąć się do wszelkich norm społecznych, które królowały w mojej grupie rówieśniczej. Jeżeli tylko udało mi się nawiązać dobre relacje z jedną osobą, nie potrafiłam już zapanować nad jakością relacji z innymi dziećmi. Skupienie się na kilku osobach naraz było dla mnie koszmarnie męczące. Gdy miałam koleżankę, musiała być tylko moja. Wolałam siedzieć sama, niż bawić się z kilkoma osobami naraz, ponieważ nie sprawiało mi to przyjemności. 

Nie wspominam dobrze tego okresu

Nie wspominam dobrze okresu, w którym miałam nauczanie indywidualne, ponieważ uważam, że to przez nie tak trudno było mi się później odnaleźć w szkole. Zawsze miałam bardzo dobre oceny, ale moje relacje z innymi dziećmi były zaledwie poprawne. A przynajmniej takie jest moje zdanie, może inni postrzegali mnie inaczej? Długo oswajałam się z ludźmi. Do teraz nie mam bladego pojęcia co wypada powiedzieć, a co nie. Normy społeczne są dla mnie śliskie i płynne, przez co nieraz narobiłam sobie kłopotów. Jestem szczera do bólu i często palnę o trzy słowa za dużo. Choć to akurat uchroniło mnie od towarzystwa osób toksycznych i bytów pasożytniczych, które żerują na innych ludziach i ich energii. Gdy poszłam do gimnazjum wraz z kompleksami i brakiem pewności siebie, okraszonym bardzo trudnym charakterem, przyszła samotność. Wiele lat zajęło mi odbudowanie pewności siebie, jeżeli jesteś ciekaw, jak udało mi się to osiągnąć, czytaj TUTAJ. Po bardzo długim czasie schowałam kompleksy do kieszeni i nauczyłam się żyć z uśmiechem na twarzy, nawet gdy zdarza mi się jakieś niepowodzenie.

Nie odbierajmy innym tego, co dla nich najważniejsze

Sądzę, że mój start w wiek nastoletni był trudniejszy przez fakt, że kilka lat spędziłam na nauczaniu domowym. Dlatego z niezadowoleniem obserwuję sytuację, gdzie rodzice dzieci ze skierowaniem na nauczanie indywidualne muszą zastanawiać się, czy uda im się choć część zajęć zorganizować w szkole. Bez „aresztu domowego”, dla dzieci, które potrzebują kontaktów z rówieśnikami nie tylko po to, by rozwijać swoje umiejętności interpersonalne, ale by towarzystwo innych dzieci stymulowało ich rozwój. Mam nadzieję, że dyrektorzy placówek edukacyjnych, a także nasi politycy zrobią wszystko, aby żadne dziecko nie zostało pokrzywdzone w całej tej sytuacji. Życzę cierpliwości i wytrwałości Rodzicom dążącym do tego, by życie ich dzieci było jak najwyższej jakości. Szacun dla Was!

 


Pani Miniaturowa <– to jest magiczne klikadełko, które przeniesie Cię na fanpage najmniejszej autorki polskiej blogosfery, niepełnosprawnej, niskorosłej mamy o ciętym języczku i olbrzymim poczuciu humoru. Nie zapomnij kliknąć „lubię to”!

(Wizyt 375 times, 1 wizyt dzisiaj)