cocooning

Cocooning jest zły? To zły świat nas w nim zamyka.

Nie pokazuj tego artykułu matce! Cocooning, czyli utworzenie z domu swojej bezpiecznej przystani. Wybrałeś pracę zdalną, by nie musieć wychodzić z domu. Od trzech miesięcy nie robiłeś zakupów, bo wszystko zamawiasz online z dostawą do domu. Nie wychodzisz na imprezy, a wszystkie znajomości podtrzymujesz za pomocą komunikatorów. W Japonii cocooning doczekał się swojego określenia – hikikomori. Ludzie unikając kontaktu z drugim człowiekiem potrafią nie opuszczać swojego domu całymi latami! Brzmi niczym spełnienie najdzikszych marzeń każdego ultra odludka, introwertyka, lub domatora!

Cocooning? Brzmi spoko…

Niestety, naukowcy biją na alarm! Nadmierna rozbudowa kokonu bezpieczeństwa, ciszy i spokoju może być niezdrowa dla naszej psychiki. Bo ludzie są zwierzątkami stadnymi. Potrzebujemy towarzystwa, interakcji z żywym człowiekiem, a wreszcie – przewietrzenia od czasu do czasu swojego tyłka. I ja to rozumiem. Kontakty, rozmowy, prawidłowe funkcjonowanie w społeczeństwie – wow soł macz satisfaction… uszanowanko dla pana, uszanowanko dla pani… 

Ale czasem nie…

Trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy dostaniem pierdzielca z samotności, a dostaniem pierdzielca na widok innych ludzi. Rozumiem człowieka, który z kwaśnym uśmiechem na ustach mówi, że nie wychodzi z domu, bo inni go męczą. Hej, dzikusie! Odludku! Kosmito! Reagujesz na te określenia? Widać dobrze je znasz. Myślę, że nie jesteś ani trochę mniej normalny niż ludzie, którzy żartują, że mieszkasz w piwnicy i nie wiesz jak wygląda światło słoneczne. Wkurwiają Cię prawda? A wiesz co?

Wcale Ci się nie dziwię…

Jestem ekstrawertykiem, lecz też mam takie dni, gdy włącza mi się syndrom „ludzkość została przedawkowana”. Limit głupoty dookoła mnie, patoli i innych irytujących baranów zostaje przekroczony i mam dość. Tak po prostu.

Co sprawia, że mam ochotę pobawić się w cocooning?

Niedawno pisałam o zjawisku catcallingu. Wkurzałam się, że jakiś facet oblizywał się na mój widok na przystanku. Nie uważam tego za komplement, ani nie sprawia mi to przyjemności. To ohydne. Im częściej wychodzę z domu, tym mniej bezpiecznie się czuję. Boję się nieznajomych mężczyzn bardziej niż stada pijanych kobiet. Kilka dni temu znów byłam zaczepiana. Na imprezę odwiózł mnie chłopak, a z imprezy wracałam taksówką. Niestety na trasie drzwi-lokalu-drzwi-taksówki, dosłownie po trzech krokach zaczął iść za mną jakiś facet. Włączył mi się speed w nogach. A ten za mną – szybciej!
– Cześć, cześć, cześć, cześć, cześć, cześć, cześć, cześć!
– …
– Nie przywitasz się ze mną panienko?
– Nie mam czasu, spieszę się na taksówkę – odpowiedziałam pierwszą lepszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy zaraz po „spier*alaj”, ale wolałam go nie prowokować.
– Aha.

Tym razem nic się nie stało. 


Szedł za mną dalej. Gdy zobaczył parkującą nieopodal taksówkę, zboczył z kursu. Szedł po drugiej stronie ulicy z głową cały czas odwróconą na mnie. Obserwował, czy na pewno wejdę do tej taksówki. Schował się w ciemnej bramie. Na szczęście ja naprawdę miałam wsiąść do tej taksówki. Koleżanki śmieją się, że jestem paranoiczką. Może i jestem, ale przez moją niepełnosprawność czuję się, jak ranna antylopa kuśtykająca przed oczami głodnego lwa. Łatwa zdobycz. Już raz jakiś facet próbował mnie wyszarpać zza stołu na imprezie. A potem ktoś siedzi przede mną i gada mi, że molestowanie nie istnieje, że to wymysł kobiet, którym się nudzi. Pffff… 

Mimo wszystko staram się nie zamykać w domu

Mój cocooning to zaledwie zalążek tego, co robią inni ludzie. To co u mnie potrwa max weekend, może tydzień, u innych zmienia się w styl życia. Nie jestem psychologiem. Nie powiem Ci jak polubić życie „na powierzchni”, ale jestem pewna, że warto czasem wyjść. Pobyć z fajnymi ludźmi w realu. Pooddychać świeżym powietrzem w parku. Pojeździć na rowerze. Cokolwiek poza domem. By móc później bardziej docenić swoje domowe zacisze.

Od wielu lat radzę sobie z moimi „świrami”. Kiedyś to były olbrzymie kompleksy, które zabijały moją pewność siebie. Później ludzie mieli problem z tym, że odsłaniam bliznę na plecach. Ale zamiast chować się jak żółw w skorupie, zawsze parłam do przodu. Każdy z nas niesie ze sobą jakąś historię. Szkoda zamykać ją w czterech ścianach swojego domu. 

Lubisz siedzieć w domu, czy lepiej regenerujesz się ze znajomymi na mieście?
Skomentuj tutaj lub na moim fanpage.


Pani Miniaturowa <– zbyt długo leczona w szpitalach, by teraz chcieć siedzieć w domu. Wejdź i polub mój fanpage!