Ochrona życia poczętego w trakcie pandemii – anonimowe wyznanie Czytelniczki

Kolejne anonimowe wyznanie Czytelniczki tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ochrona życia poczętego w Polsce, to czysta fikcja i pusty argument w rękach ruchów pro-life. Mamy rodzić, nie ważne jak, (przeczytaj poprzednie anonimowe wyznanie innej Czytelniczki), nie ważne gdzie. Tymczasem rzeczywistość jest wstrząsająca. Gdy zdiagnozują u Ciebie koronawirusa, w niektórych rejonach Polski, jako pacjentka ginekologiczna przestajesz istnieć. Zapraszam do lektury wiadomości, którą wysłała mi Czytelniczka i trzymajcie kciuki, aby ta historia skończyła się szczęśliwie.

Ochrona życia poczętego w trakcie pandemii

„Staraliśmy się z mężem o dziecko od stycznia. W październiku zobaczyliśmy dwie kreski na teście. 24 października udałam się na drugą wizytę do ginekologa, ponieważ na pierwszej nic nie było widać. I tym razem lekarz nic nie widział, więc skierował mnie do szpitala z podejrzeniem ciąży pozamacicznej. I tu zaczęły się schody.

Podzwoniłam po szpitalach w Szczecinie. W żadnym nie chciano powiedzieć mi, że mnie przyjmą. W końcu lekarz w Stargardzie powiedział, że mnie przyjmie. Pojechałam. Nie wiedziałam, że izba przyjęć jest do 14:30 a lekarza, który chciał mnie przyjąć już nie było. Lekarz dyżurujący nawet nie zszedł.

Przyjechałam na drugi dzień. Wysłano mnie na test na covid. Wynik miał być na drugi dzień. Mimo tego lekarz mnie przyjął. Badało mnie dwóch lekarzy. Stwierdzili wczesna ciążę i kazali przyjechać za dwa dni. Na drugi dzień przeżyłam szok. Test na covid, wynik pozytywny. Nie mam żadnych objawów. Izolacja do 07.11. Dzwoni lekarz ze Stargardu, że w takim przypadku nie mogę przyjechać, ale potrzebuję pilnej konsultacji i mam jechać na Zdroje. Dzwonię do szpitala w Zdrojach. Udało połączyć mi się z lekarzem, który poinformował mnie że od tygodnia nie przyjmują pacjentek z covidem. Robi to szpital przy Unii lubelskiej. Dzwonię na Unię. Tam nic nie wiedzą, ale umawiają mnie na teleporadę z lekarzem.

Lekarz mi mówi, że lekarz ze Zdroi udzielił mi teleporady. Cyrk. W każdym razie, lekarz z Unii Lubelskiej zalecił zrobienie wyników z krwi. Na moje pytanie jak mam to zrobić na izolacji, odpowiedział, że faktycznie mam problem. Bałam się zasypiać, bałam się, że już się nie obudzę. Liczyłam na to że wytrzymam do 7.11 i pojadę na drugi dzień do Stargardu. Jednak 5.11 z dróg rodnych poleciało mi dużo krwi. Dzwonię na pogotowie. Przyjeżdżają panowie w kombinezonach. W końcu jestem pozytywna. Wiozą mnie na Zdroje (tam gdzie podobno już nie przyjmują).

Panowie ratownicy zaprowadzili mnie do gabinetu. I miałam czekać na lekarza. Wywiad odbywał się przez telefon znajdujący się w gabinecie. Przyszła pani lekarz w kombinezonie. Usłyszałam jak pod nosem mówi, że dla mnie lepiej jakbym poroniła (!) zatkało mnie. Zrobiła usg. Ciąża wewnątrzmaciczna, echo serca widoczne. Nie ma podstaw hospitalizacji.

I tu znów się zaczynają schody. Mój mąż nie może po mnie przyjechać, a transport medyczny będzie za 20 godzin. Przyjmują mnie na noc, ale usłyszałam że zajmę komuś potrzebującemu łóżko. Położyli mnie na salę z dziewczyną, która podobnie jak ja nie miała objawów, a wynik testu był dla niej szokiem jak dla mnie. Pogadałyśmy sobie do 2 w nocy, ona nie bardzo mogła spać, bo co dwie godziny przychodziły pielęgniarki robić jej KTG. Po 3 w nocy obudziła mnie pielęgniarka. Przyjechał transport. W domu byłam około 5.

Mam dość, już wczoraj znów zaczęłam krwawić. Przed pandemia już dawno leżałabym w szpitalu pod kroplówkami. Już nigdzie nie dzwonie. Znowu zrobią mi test? Znów wyjdzie pozytywny? Nadal nie mam objawów covida. Mam ciążę zagrożona. A tak wygląda ochrona życia poczętego w Polsce…”
Skip to content