MacierzyństwoOsobiste przemyślenia

Dzieci lepszych rodziców nie kradną

Wiele lat temu spędziłam mnóstwo czasu w szpitalach i sanatoriach. Rodzice, lekarze i rehabilitanci desperacko próbowali ze mnie „wycisnąć”, ile tylko się da. Walczyliśmy o moją nogę, później o jak najmniej skrzywiony kręgosłup, by ostatecznie zakończyć naszą drogę na walce o życie, gdy mięśnie zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Choroby wiele nam kradną, czuję, że moje dzieciństwo było przez to uboższe, a co miały powiedzieć dzieci, które nawet gdy były zdrowe, nie miały zbyt wiele? Jakie piętno na nich odcisnęły choroby?

Uśmiecham się pod nosem do naszych problemów wychowawczych, choć wcale ich nie bagatelizuję, bo ostatnimi czasy dzieci dają nam nieźle popalić, to mimo wszystko cieszę się, że młody nie choruje tak strasznie, jak ja chorowałam w dzieciństwie. W jego wieku już od roku nie mogłam chodzić. Ponownie pozwolono mi stanąć na lewą nogę w dni mojej komunii. Żeby ładnie na zdjęciach wyglądało. Bez kul. Bez podkulonej w powietrzu nogi. Nie wyobrażam sobie nawet, co musieli czuć moi rodzice. Jaki to był stres, codzienne zastanawianie się, „co będzie dalej”, „czy się uda”. Nogę udało się wyleczyć, choroba Perthesa zostawiła mi w spadku nogę krótszą o 2 cm. Wygląda to mniej więcej tak –> Insta Miniaturowa.

Nigdy nie zdecydowałam się na jej sztuczne przedłużanie, bo to równa się ból, łamanie kości, noszenie paskudnych drutów przez rok lub dłużej. Wolę wkładkę ortopedyczną w butach, niż kolejne blizny na moim, już i tak dość pokracznym, ciele. 

Zanim udało nam się osiągnąć to wszystko i całkowicie mnie wyleczyć, musiałam spędzić lata na jeżdżeniu po szpitalach. Wyobraźcie sobie szpital pełen dzieci chorych ortopedycznie. Małe garbuski, krzywuski, dzieci ze skoliozami, lordozami, kifozami, z powykręcanymi rączkami i nóżkami. Czy jeszcze ktoś się dziwi, że ordynator nazywał nas swoimi koszmarkami?

Choroba nie wybiera. Co jak co, ale to bardzo sprawiedliwa bestia. Ona nie patrzy, czy jesteś biedny, bogaty, analfabeta, czy profesor. Jak będzie chciało dopaść Twoje dziecko to i tak to zrobi i nie uchronią Cię przed tym żadne pieniądze, czy znajomości.

Dlatego też w szpitalach i sanatoriach miałam okazję przejrzeć całe spektrum osobowości, środowisk, trudnych charakterów i dzieci z problemami, które zostały zostawione same sobie. Ja miałam szczęście, bo rodzice starali się mnie odwiedzać co 2 tygodnie. Inne dzieci były same. Rodzice mieszkali za daleko, nie było ich stać, lub nie mogli sobie pozwolić na odwiedziny u dzieci. Byli też tacy, którzy najzwyczajniej w świecie ich odwiedzać nie chcieli. Nie oceniam tych rodziców. Po tylu latach czuję jedynie współczucie wobec dzieci. Nic więcej. Jest mi ich tak po prostu, po ludzku szkoda.

Pewnego razu, w szpitalu, w który byłam już kilka razy, zdarzyła się kradzież. Jedna, druga, trzecia. Dzieci jak to dzieci, niby zaaferowane, ale jednak każde było bardziej zajęte pilnowaniem swojego nosa, niż cudzych rzeczy, czy portfeli. To cecha, która zostaje z większością z nas, na stałe…

Nie mój problem – nie reaguję

 

Wracając z porannych ćwiczeń, zobaczyłam jak koleżanka z pokoju obok „częstuje się” czekoladą dziewczynki z mojego pokoju. Zapytałam co robi, przecież to nie jej czekolada i nie powinna bez pozwolenia otwierać czyjejś szafki. Naiwne było ze mnie dziecko, bo uwierzyłam, gdy odpowiedziała, że tamta jej pozwoliła, no i przecież wczoraj też ją częstowała czekoladą. Koleżanka wyszła, a ja zostałam sama. Następnego dnia wybuchła afera, bo przed wyjściem na spacer do miasta, dwóm dziewczynkom zginęły portfele. Co zabawniejsze, wszystkie portfele i saszetki z pieniążkami przechowywałyśmy w dyżurce pielęgniarek w specjalnej kasetce. 

Spacer odwołano, za to postraszono całą dzieciarnię policją i nakazano przeszukać cały oddział, żeby portfele się znalazły. Aktywnie brałam udział w poszukiwaniach. Koleżanka od „częstowania” czekoladą również. Uznałam, że najsensowniej będzie zacząć szukać od jednego końca oddziału, kierując się na drugi. Na pierwszy ogień poszła łazienka i toaleta. Sprawdziłam toaletę – nie ma! Po mnie dla pewności sprawdziła druga – nie ma! A trzecia tam weszła, żeby z niej skorzystać. Za chwilę pomyślałam, że przecież toaleta jest wysoka i mogłyśmy nie sprawdzić, czy ktoś nie wrzucił portfela gdzieś na ramę okna i zawołałam „drugą” żeby ze mną weszła i nie zerknęła tam do góry, bo mogłyśmy coś przegapić. Jakżeby inaczej. Portfele były. A wraz z nimi podejrzenia. 

Które dziewczynki kradną?

Dla pobocznego obserwatora, główne podejrzane były dwie. Ta, która z toalety skorzystała ostatnia, przed znalezieniem nieszczęsnych portfeli, a także ta, która nagle się tam cofnęła sprawdzać, czy nie ma ich gdzieś wysoko – bo skoro wpadła na ten pomysł, to może sama go zrealizowała? Czyli drugą podejrzaną zostałam ja. Ku mojemu wielkiemu przerażeniu i poczuciu olbrzymiej niesprawiedliwości, bo jak to – ja znalazłam te portfele, a teraz mnie oskarżają, że je ukradłam?! Byłam jednocześnie oburzona i wystraszona, ale pokornie, bez słowa skargi (jak nie ja), podreptałam za panią pielęgniarką „na przesłuchanie”.

Panie chciały samodzielnie wyjaśnić sprawę, bez ingerencji policji. Na pierwszy ogień poszła koleżanka, która „tylko korzystała” z toalety, zanim tam weszłyśmy. Później „przepytana” zostałam ja. Panie zadawały różne pytania, jak przebiegało szukanie portfela, z kim szukałam, gdzie byłam, czy wiem kogo portfel zaginął, czy przyjaźnie się z drugą podejrzaną i inne takie. Nie rozumiałam połowy pytań. Byłam dzieckiem. Nie docierało do mnie, że kluczą w poszukiwaniu wyjaśnienia, kto rzeczywiście ukradł, a następnie podrzucił portfele. Spociłam się jak mysz. Serce waliło mi jak oszalałe, mimo, że byłam w pełni świadoma swojej niewinności. Ta świadomość nie pomagała, bo wiedziałam, że i tak jestem podejrzewana o kradzież. O coś czego, nigdy jak żyję, się nie dopuściłam. 

Wreszcie zadały jedno, ostatnie pytanie, które według tych pań przesądziło o całej sprawie.

– A powiedz mi dziecko, kim są twoi rodzice?
– Co, ale jak to kim są moi rodzice? Proszę paniom, bo ja nie rozumiem
– Nie bądź głupia, powiedz po prostu, kim są twoi rodzice!
– Mama jest nauczycielką, a tata policjantem.
– Eeee…to na bank nie ona – machnęła ręką pielęgniarka.
– To nie ona – odparła twierdząco druga.

Wypuściły mnie z dyżurki. Następnego dnia po dziewczynkę, która ukradła portfeliki, przyjechali rodzice i zabrali ją do domu. Później się dowiedziałam, że rzekomo otrzymała „wilczy bilet”, czyli już nigdy nie mogła wrócić leczyć się do tego szpitala. Nie wiem ile w tym prawdy. Gdy było już po wszystkim, starsze dziewczyny momentalnie wciągnęły mnie do swojego pokoju i przepytały co się działo, o co mnie pytały pielęgniarki i co im powiedziałam. Wyśpiewałam wszystko, bo która dziewięciolatka nie powie wszystkiego „dorosłym” czternasto i szesnastolatkom? Jedna z dziewcząt uśmiechnęła się kpiąco, gdy skończyłam opowiadać i wyraziłam zdziwienie, pytaniem o rodziców. 

– Bo to dziewczyna z patologii. Jej rodzice są alkoholikami. Było wiadomo, że to ona ukradła, bo dzieci lepszych rodziców nie kradną – Odparła, przekonana o swej życiowej mądrości, jedna z szesnastolatek.

W tym momencie dla dziewięcioletniej dziewczynki ta historia się zakończyła. Była kolejnym epizodem, o którym chyba nawet nie wspomniała rodzicom, „bo nie było o czym”. Lecz dla dorosłej kobiety, którą jestem dziś, teraz daje wiele do myślenia. Jak łatwo jest oskarżyć kogoś o najgorsze, tylko dlatego, że miał nieszczęście urodzić się w dysfunkcyjnej rodzinie.

Nie oceniam tej dziewczynki. Uważam, że to nie była jej wina, że tak się zachowała. Głęboko wierzę w teorię, że dzieci są jak biała kartka papieru, którą my-rodzice, z biegiem lat zapisujemy. Ta dziewczynka nie była zła. Ona nawet nie była złodziejką. Była tylko zagubionym dzieckiem, które straciło swojego przewodnika, a ktoś to wygodnie wykorzystał. 

Bo dzieci lepszych rodziców nie kradną