Grzyby – do odważnych świat należy!

Dawno nie pisałam dla Was notek o przysłowiowym niczym. Sygnalizowaliście, że tylko o bzdurach potrafię pisać dobrze i zawsze Was to bawi, także włączam tę szaloną machinę i jedziemy! Na grzyby! Bo w końcu do odważnych świat należy… i odpornych psychicznie, bo z Miniaturową jechać w teren to jak zaliczyć ćwiczenia na poligonie ze stadem rozkapryszonych tipsiar, wbić w pogo z żubrami, a następnie skoczyć na bungee, bez bungee. Jednocześnie.

Grzyby są dla prawdziwych twardzieli!

Wyjazd na grzyby to nie jest takie hop siup, przede wszystkim trzeba wyczaić odpowiedni moment, gdy w lesie nie ma ludzi, którzy chcą zaliczyć wszystkie „twoje” miejscówki i cię z tych grzybów perfidnie okraść. To się dzieje co tydzień! Ale nie tym razem! Buahahaha! (słychać diaboliczny śmiech w tle) Ten odpowiedni moment to godzina dla zboczeńców zwana też porą, gdy matki maluszków piją drugą zimną kawę, czyli 7:55. Otwieram oczy, Gajowy sroży wąsa i patrzy z nadzieją, już widzę, jak mu się oczy błyszczą, więc…podrywam się z łóżka i wołam JEDZIEMY NA GRZYBY?! Z pewnością o to mu chodziło, gdy tak patrzył.

„Hykmszce!”

Miniaturowi komandosi nie jedzo śniadania. Wstajo i jado. Tzn. kręcą się po domu kwiląc cichutko, jak tacy troszkę inni komandosi. Dużo kwilą. I marudzą. I jojczą. I kwękają na swój los. Ale potem niczym GROM wpadają dziko do łazienki, chlapią się zimną wodą, bo ciepła nigdy nie nadąża i potykając się kolejno o mopa, dywanik i kota, człapią do sypialni przywdziać kamuflaż leśny. Ubieram pierwszą parę skarpetek, potem drugą, grube narciarskie skarpeciory, jak gdyby Gajowy zamierzał mnie paść na tatrzańskich halach na bosaka. Potem legginsy z dziurą na dupie (chciałabym zdementować plotki, jakoby to była dziura strategiczna! nie będzie ona miała ważniejszej roli w tej historii!), potem spodnie, przedkoszulke, podkoszulkę, śródkoszulkę, zakoszulkę, tshirta, bluzkę z długim rękawem, sweter, bluzę, szaliczek, kurteczkę, a potem patrzę na Gajowego. Stoi w krótkim rękawie i tak zamierza jechać. Nasz wzrok spotyka się dokładnie w tym samym momencie. Napięcie wisi w powietrzu. Ale dalej stoimy i patrzymy. Moje oczy delikatnie rozszerzają się. Czuję jak kropelka potu spływa mi po skroni. Patrzymy i stoimy. Wtem spod czterdziestu sześciu warstw ubrań do uszu Gajowego dociera coś w rodzaju:
– hyk`mszce
– Co %@$# ?
– hikumszce!!
– Co?!?! Nie rozumiem co tam bełkoczesz spod tej tony ciuchów!
Zdeprymowana brakiem porozumienia między stronami, staję w lekkim rozkroku, co by zelżał nacisk na przeponę spod warstw ciasno pozapinanych ciuchów,  odchylam się mocno do tyłu, by otwór gębowy wysunął się nieco ponad kołnierz, biorę głęboki wdech i resztką tchu wyrzucam:
– SIKU MI SIĘ CHCE!
. . .
Śmiech Gajowego dobiega mnie jeszcze pięć minut później. Z piętra niżej. Z warsztatu. Z samochodu. 

Przez ilość ubrań nie mogę zginać nóg. Buty udaje mi się ubrać za trzecim razem. Przy wstrzymanym oddechu. Jestem gotowa!

Jedziemy!


– Misiu, a czy tam po drodze będzie jakiś Macdonald`s albo KFC?
– Tak…dokładnie 15 kilometrów jazdy w przeciwnym kierunku.
– Czyli rozumiem, że zahaczymy o niego?
– . . . – rusza z piskiem opon. Po żwirze, piachu i kamieniach, ale z piskiem opon.

Próbuję zapiąć pas. Coś jest nie tak. Zacina się. Nie umiem wsadzić. Szarpię się, wciskam, wkręcam, kombinuję, naciągam, wciągam brzuch – nie to nie to. Walczę dalej. Pas trzeba zapiąć. Dam radę! Naciągnę się jeszcze raz…spocona jak mysz stepowa, stukam sprzączką pasa w klikadło, no dalej nie chce się zapiąć. Gmeram, sapię, wzdycham… KLIK! O wreszcie udało mi się zapiąć te cholerne pasy! Samochód się zatrzymał. Jesteśmy na miejscu. =_= Kur#a.

– Wyłaź babo!
– No już, za…raz.
– . . . wychodzisz czy nie?!
– Misiu…nie mogę odpiąć pasa ;_____; #kwintesencjabułyrozpaczy
– Ja z tobą zawału dostanę! Co Ty tam macasz?! Z boku się odpina, o tu!
– Aha.
Wolność!

Gdzie te grzyby?

– Misiu gdzie ten las, drzewa mi zasłaniają hue hue hue!
– Babo…
– Misiu, a gdzie grzyby? 
– W grzybowej…

Pełznę dalej przez las. Przedzieram się! Potknęłam się kolejno o szyszkę, witkę leśnych jeżyn, i psa. Brnę w zieleni, otoczona przez masy drzew, ledwo chodzę. Z trudem łapię oddech. Las nie pozostawia żadnych złudzeń, nie będzie łatwo! Potknęłam się o gałązkę. Coraz ciężej porusza mi się nogami…Nieprzebyty gąszcz próbuje mnie pochłonąć. Znów się potknęłam…

– Skończ się wygłupiać! Złaź ze ścieżki i szukaj grzybów!
– Och! – spojrzałam pod nogi, faktycznie stałam na ubitej, równej drodze.

Grzy-by! Cip! Cip! Taś! Taś!

– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu, potknęłam się.
– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu, mam grzyba! To muchomor!
– Misiu, znowu się potknęłam.
– Misiu, uderzyłam się w patyk.
– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu, tutaj jest paskudna kupa, co robi takie wielkie leśne kupy?
– Misiu, popatrz, żuczek!
– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu, mam pająka we włosach!
– Misiu, zaplątałam się w jeżyny!
– Misiu, znalazłam grzyba! Pochwal mnie! No wiem, że trujak. Ale grzyb! Chwal!
– Misiu, wpadłam w dziurę!
– Misiu, jak ja mam znaleźć brązowego grzyba w brązowych liściach?! Mogę zbierać muchomory?
– Misiu, nie umiem wyjść.
– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu, znowu się potknęłam.
– Misiu, a co to tak robi takie szurhurhurszur?! Czy to mnie zje?!
– Misiu, czy to jest trujak?
– Misiu!!! TEN ROBAK NA MNIE PATRZY!!!

Koniec końców udało nam się uzbierać pół kosza grzybów. Jadalnych. Sukces! I Gajowy nie zakopał mnie w lesie. A było już blisko!

To co, jedziesz na grzyby z Miniaturową?