szpitalach i sanatoriach

Niepełnosprawni wożą się tylko po tych szpitalach i sanatoriach

Pewnego razu usłyszałam cebulowe gadanie: „Niepełnosprawni to mają fajnie, bo się wożą tylko po szpitalach i sanatoriach, kolonie za darmo mają. A normalny człowiek, jak dziecko gdzieś chce wysłać, to majątek musi płacić!”. Nie tyle się wkurzyłam, co przewróciło mi się w żołądku. Ciekawe czy Pan Cebula ma choćby cień pojęcia o tym, w jaki sposób traktowane są niepełnosprawne dzieci w niektórych szpitalach i sanatoriach?

To nie były kolonie…

W latach `90, gdy ktoś miał szczęście, jechał do szpitala lub sanatorium z rodzicem. Gdy rodzina nie mogła sobie pozwolić na taki wyjazd, dziecko jechało samo. Jeśli miało farta – było OK, a opiekunki były jak druga mama. Jeśli…

Gdy po latach opowiedziałam rodzicom, jak traktowano dzieci w szpitalach i sanatoriach i co z nami robiono, byli w szoku. „Dlaczego nigdy nam nie powiedziałaś?!?!”. Bo tym dzieciom, czyli nam, wmówiono, że to normalne. Takie są zasady, tak ma być. A zasad nie wolno łamać, bo inaczej będzie kara. Tylko raz zostałam ukarana. To był mój pierwszy pobyt w szpitalu. Czytałeś tekst: Potwór nad moim łóżkiem? Wtedy zapamiętałam, że personel szpitala lub sanatorium może robić z dziećmi co tylko chce. Bo rodzice są daleko, a o telefonach komórkowych jeszcze nikt nigdy nie słyszał. Może niektóre dzieci poskarżyły się w domu rodzicom, w jaki sposób były traktowane? Ciekawe ilu rodziców machnęło ręką, że „przesadzasz”, a ilu pomyślało o napisaniu skargi? To były inne czasy. Trochę mroczniejsze.

„Normalność” lat `90 w szpitalach i sanatoriach

Personel szpitala, w którym byłam, miał dość praktyczne podejście do wieczornego mycia. Najlepiej hurtem i to ze szlaucha. Zbierano wszystkie dzieci z oddziału, kazano się rozebrać do naga i ustawić w kolejce. Nikogo nie obchodziło, że był listopad, a w starych drewnianych oknach są szpary na dwa centymetry. Młodsze 6-7 letnie dzieci drżały z zimna i płakały, starsze (do lat 11) krzyczały i protestowały, że przecież same się potrafią wykąpać i nie trzeba im pomagać. Panie pielęgniarki za nic miały tą kakofonie pisków, jęków i krzyków. Dzieci kolejno podchodziły do pani, która W JEDNEJ MISCE miała wlane trochę wody (nie była ciepła!) i płynu i każde dziecko dokładnie myła. Również po intymnych częściach ciała. Tak, tą garstką wody, kilkadziesiąt dzieci. „Bo wy się sami nie umyjecie porządnie”, „Tak jest szybciej”. Później drżące z zimna, namydlone dzieci miały ustawiać się w brodziku i druga pani pospiesznie je spłukiwała, wrzaskiem popędzając te, które wolno się obracały.

Fajna „kolonia”, co nie, panie Cebula? Wysłałbyś pan za darmo swoje dzieci? Chyba nie…

Więcej przykładów?

Zapytałam członków zaprzyjaźnionych grup dla osób niepełnosprawnych, czy pamiętają jakieś dziwne i podejrzane sytuacje ze swoich wyjazdów, gdy byli dziećmi. Wkrótce pożałowałam tego pytania, bo niektóre historie przyprawiały mnie o gęsią skórkę. To były historie gdzie główną rolę grało bicie i skłonności pedofilskie opiekunów. Nie mam sił Wam tego pokazywać. To zbyt straszne.

Pisownia oryginalna.

„znieczulica/udawanie, że się nie widzi gdy osoby niepełnosprawne z głębokim upośledzeniem, nie mogące samodzielnie mówić pokazywały palcem na pielęgniarkę by do nich przyszła (zamiast zareagować-piły kawkę, zajadały się ciastem), – różnorodne kary (klęczenie na korytarzu), -okradanie pacjentów (temat rzeka, m.in.: zabieranie słodyczy z szafek, zaniżanie porcji racji żywieniowej z obiadu – nam 3 pierogi, sobie 9; podobnie było z chlebem na kolacje, nam margarynę z darów – one sobie zabierały masło do domu), – fałszywe zachowanie (gdy przyjeżdżali rodzice były miłe i sympatyczne, gdy odjechali z odwiedzin – pokazywały swoją prawdziwą twarz), – brak poszanowania intymności i godności innych (przy pacjentach, na bawialni, przebierały pieluchy osobom, które z nich korzystały), – brak wsparcia psychicznego z ich strony (gdy któreś dziecko płakało – one darły przysłowiowego ryja). Na szczęście byłam jeszcze w miarę sprawna, nie uzależniona od ich osoby, inaczej bym nie dała rady. Więcej pomocy otrzymywałam od koleżanek z sali, niż tych przeklętych bab. Wiedziały, że nie mogę jeść zupy mlecznej, kazały mi jeść ją na siłę, aż zwymiotowałam. Mama zawsze informowała, że nie mogę jeść mleka, miały to w dupie.”

„na szeroki wózek inwalidzki sadzały dwie osoby (najczęściej dzieci w wieku 6-10 lat) by nie spadły wiązały dookoła wózka rajstopami, tworząc, w ich rozumowaniu, pas bezpieczeństwa; w okresie letnim, nie chciały wychodzić z Nami na dwór czy na plac zabaw twierdząc, że od słońca dzieci z padaczką dostaną ataku etc.”

„Sytuacja w pewnym znanym szpitalu w Poznaniu na oddziale ortopedii dziecięcej. Dostawaliśmy śniadanie, obiad i kolację – wiadomo. Deser był tylko czasami, np. jabłko, budyń, kisiel. Później okazało się, że desery były dostarczane do szpitala codziennie, ale pielęgniarki same je jadły lub brały sobie do domu, zamiast dawać dzieciom. Tylko wtedy kiedy nie były w stanie same zjeść np. takiej porcji budyniu, to desery były wydawane. Ale to było już bodajże po roku 2000…”

Czy należy wierzyć wspomnieniom dzieci?

Domyślam się, że zaczną się komentarze, że dzieci mają wybujałą fantazję, że historie są zmyślone lub wyolbrzymione. Sorry, ale do szpitali i sanatoriów nie puszcza się kilkuletnich dzieci bez opiekuna. To były starsze dzieci, które doskonale rozumiały, co im robiono i jak je traktowano. Dla nich te wyjazdy nie były przyjemnymi koloniami, których można im było zazdrościć.

Pojeździłaś sobie, pozwiedzałaś…

Tia… pozwiedzałam. Budynki od środka, bo spacery były tylko do sklepu i z powrotem. Kto miał nas gdzieś oprowadzać i gdzie? Stragany, park, alejki miasta i do sanatorium. Fontanna, to była największa atrakcja. I tak przez miesiąc, w kółko. Bo szpital i sanatorium to nie kolonie. To wojskowy dryl, dyscyplina i tęsknota za mamą. To wyczerpujące ćwiczenia po kilka godzin z małymi przerwami. To bolesne zabiegi, którym musiały być poddawane niektóre dzieci. Wszystko dla naszego dobra. Dla naszego zdrowia.

Czy ból, strach i poczucie upokorzenia pozwalały nam szybciej dochodzić do siebie? Tego już nigdy się nie dowiem. Bo już nigdy więcej nie będę musiała tam wracać. Dziś jestem dorosła. Dziś daję wam świadectwo tego, czego byliśmy świadkami lub ofiarami. My – dzieci.

Jak myślisz, czego Twoje dziecko nigdy Ci nie powiedziało? Jak jest na treningach, na obozie, co było na koloniach?


Pani Miniaturowa <– kliknij i polub fanpage najmniejszej autorki polskiej blogosfery

(Wizyt 686 times, 1 wizyt dzisiaj)