Samica Kurwica – 100% matki w matce. O sile hormonów.

Byłam wczesną mamą. Niczym ta pierwsza jaskółka, której się coś popieprzy w nawigacji i przylatuje o dwa miesiące za wcześnie. Ale w sumie są robaczki? Są! Świeci słoneczko? Świeci! Trawka się zieleni? Zieleni! Czyli prawie już wiosna, jest miło, fajnie i przyjemnie, także nie ma dramatu. Tak też było z moim macierzyństwem. Było fajnie, ale jakby się to przesunęło w czasie, to mogłoby być jeszcze fajniej. Ale nie narzekajmy. Jak każda samica, której wpojono prawidłowe wartości postanowiłam stanąć na wysokości zadania – perfekcyjnie.

I to mnie zgubiło

Nie było półśrodków. Miało być idealnie, albo wcale! Lekarzy słuchałam bez mrugnięcia okiem, posłusznie chodziłam na wszystkie badania, choć dopiero teraz się orientuję, że w sumie byłam przez nich zaniedbywana. Mogło być tych badań więcej i mogły być lepsze, zwłaszcza, że wskazania były. Wiecznie próbowali zrujnować mi psychikę powtarzając, że ciąża zagrożona, wykrwawię się i umrę. Naprawdę, dzięki, nic tak nie pomaga młodej dziewczynie walczyć o zdrową ciążę, jak straszenie jej, że umrze w cierpieniach razem z dzieckiem. Brawo! Postawa godna… katów? Prawdziwa samica się nie poddaje. Samica wypełnia swój kobiecy obowiązek, jak należy. Jest zaprogramowana, by zrobić to dobrze. Powiedziałam dobrze? Tfu! By zrobić to najlepiej! Ciąża oczywiście nigdy zagrożona nie była, po prostu oni nie wiedzieli, jak obsługuje się miniaturowe ciąże. Ale zrycie w głowie było. Nieustanne wyrzuty sumienia, że mogłam coś zrobić lepiej, zdrowiej, porządniej, dokładniej, milej, delikatniej, mocniej, mniej. Chciałam być bardziej. We wszystkim! „Bo tak robią dobre matki i ja udowodnię, że też jestem dobrą matką”. 

Samica – przebudzenie

Po porodzie nikt mnie tak nie wkurzał, jak facet odwiedzający panią z łóżka obok. Zamiast zajmować się „ich misiem” przychodził udawać, że szuka mojego i pytał, gdzie jest. Za każdym razem wskazywałam kłębek kocy na środku mojego szpitalnego łóżka, w którym spał mój syn. Moja mała okruszynka, która mimo tego, że mama taka młoda, taka miniaturowa, dał radę dociągnąć do 2,3 kg wagi urodzeniowej. Taki dzielny, a nawet wcześniactwa ze względu na niską wagę urodzeniową mu nie wpisali. Nie paliłam, nie piłam, po prostu byłam miniaturowa, a natura dobrodusznie dostosowała rozmiary dziecka do mnie, pewnie lekarze też tak to rozumieli. Kto ich tam wie. Ale pan specjalista, gość „od łóżka obok” zawsze musiał przyjść i komentować, jakie moje dziecko jest małe, bo „nasz misio jest trzy razy większy”. Gryzłam się w język. Ciągle do mnie przychodzi i szukał zaczepki. Aaaa!!! Wtedy pierwszy raz uaktywniła się Samica Kurwica. Miałam ochotę wstać i przyp***olić… Tak! Przyp***olić! kolesiowi z całej siły w jaja. Ja, wyobrażacie to sobie? Hobbit, 140cm w kapeluszu, który tracił oddech, gdy za szybko wstał z łóżka, po cesarce. Do takiego stanu doprowadzał mnie ten facet. Gdy tylko wchodził jeżyłam się i srożyłam, gotowa do odparcia ataku. On psuł moje bardziej. Koleś chyba wyczuł, że zaczęłam pałać do niego prawdziwą nienawiścią, bo przestał do mnie podchodzić i mnie zaczepiać. I dobrze, bo byłam bliska dostania ataku furii, gdyby skomentował wygląd mojego dziecka jeszcze raz. Hormony…

100% matki w matce

Po porodzie. Jedna z imprez powitalnych maluszka. Goście, rodzinka, kawka, ciasteczko. Mleko płynie, pieluchy się zapełniają, ludzie się uśmiechają. Sielanka! Nagle jest! Samica Kurwica znów się włącza, hormony wyją syrenami alarmowymi. Wzięła dziecko na ręce. Moje dziecko wzięła!  Aż mnie skręca, aż boli, moje dziecko! W cudzych ramionach! Panuję nad sobą, panuję nad sobą, panuję… nad… sobą. Nie wyrobię! Gapię się w podłogę, zaraz zacznę się bujać na łóżku, jak dziecko z chorobą sierocą, samica bierze górę. Nie pomoże gryzienie się w język. Moje dziecko wzięła na ręce. Nie! Nie! Nie! Dobra mama nikomu nie oddaje dziecka. Bo to ona ma się nim zajmować!
– Mama, oddaj mi go.
Gwar, hałas, radość. Dalej trzyma. Nie słyszy. Dobra, opanuj się, kto jak nie babcia ma największe prawo zaraz po rodzicach potrzymać dziecko. Przecież nic mu nie zrobi. Nie skrzywdzi. Kocha go najmocniej na świecie, jak ja. Nic się nie stanie. Aaaa!
– Mama… oddaj mi małego!
Usłyszała, popatrzyła. Uśmiechnęła się, bo przecież mały leżał sobie w bezpiecznych, ciepłych ramionach, ani się nie skrzywił. Ale horrormony działają. Tfu! Hormony!
– ODDAJ MI DZIECKO! – zakwiliła Samica, doskonale czując, że robi z siebie wariatkę. Ale to one wołają – hormony. To one teraz myślą, czują i robią.
Oddała. Jest spokój. Znów zapanowała radość, uśmiechy i sielanka. Oddała, znów jest w moich ramionach.
– Ale Ty jesteś! – rzekła obruszona babcia.
To nie ja. To hormony. 100% matki w matce. Nic na to nie poradzę. To silniejsze ode mnie.
Opanowały mnie demony macierzyństwa. Dzisiaj to widzę, a wtedy? Sądziłam, że tylko ja tu mam extra misję do wykonania. Że tylko ja zrobię to dobrze. Lepiej. Bardziej.

Teraz chociaż w części możesz sobie uzmysłowić, jak to jest, gdy targają Tobą irracjonalne emocje, tak silne, że nie jesteś w stanie nad nimi zapanować. Hormony są niesamowite. To one sprawiają, że kobieta jest w stanie rzucić się w ogień za dzieckiem. Mają doskonałą moc sprawczą, ale i destrukcyjną, wszystko zależy od tego, jak nimi pokierujesz. Mi na szczęście dość szybko przeszła zaborcza samica. Dla mnie to był krótkotrwały stan przejściowy. Nauczyłam się powierzać maleństwo komuś innemu niż tylko swoim ramionom. I bardzo dobrze. Bo pewnie zwariowałabym, gdybym już zawsze chciała być tą mamą, która musi być bardziej. Każda mama musi nauczyć się odpuszczać sobie samej.

 


Udostępnij dalej ten wpis, by każda młoda mama mogła zrozumieć co się z nią dzieje.
Zostaw komentarz lub polubienie na fanpage Pani Miniaturowa.

(Wizyt 679 times, 1 wizyt dzisiaj)