Rodzicielski wyścig szczurów? Nie startuję!

Rodzicielski wyścig szczurów? Nie startuję! Rozróżniam uczenie dziecka przydatnych mu w życiu umiejętności, od zaśmiecania małej głowy bzdurami, tylko po to, by móc zaimponować innym dorosłym. Takim zachowaniom mówię stanowcze nie!

Nasze nieśmiałe początki z edukacją

Gdy mój syn był malutki w każdy weekend pozwalałam mu wpełznąć mi do łóżka. Powtarzaliśmy wtedy to, czego się ostatnio nauczył. Nazw miesięcy, dni tygodnia, przedstawiania się, podawania adresu itd. Jako, że pisać i czytać potrafił od 4 roku życia (praktycznie sam się nauczył, nie naciskaliśmy!), spróbowałam delikatnie przekroczyć granicę wiekową. Ale tylko czubkiem buta 🙂 Spytałam, czy przeliteruje mi swoje nazwisko. Zaczęliśmy z grubej rury, bo młody ma ładne, czterosylabowe potworzysko za nazwisko, ale dał radę. Zadowolona z sukcesu stwierdziłam, że nie będę go więcej tym katować, bo jak na (wtedy) 6 latka, to i tak dużo umiał. Iiii dla draki spytałam, czy przeliteruje moje nazwisko, które przecież świetnie zna, bo laurki i obrazki dla mnie zawsze podpisywał moim imieniem i nazwiskiem, żeby zawsze trafiały do prawidłowego adresata 😉 Oczywiście poszło mu jak z płatka:
– M. A. M. A.
– Aaaa, super! 🙂

Nie taka zła matka, jak ją wszyscy malują

Ale, ale, zanim odezwą się gromy, że męczyłam dziecko. Zastanówcie się, czy pomagałabym synowi nauczyć się tego wszystkiego, gdyby nie sprawiało mu to przyjemności? Czy zmuszałabym go siłą, by zaspokoić jakieś swoje chore ambicje? Nie sądzę. Także bez burzy w komentarzach proszę. Jak to się stało, że w tym wieku umiał co umiał? Już tłumaczę.

Gdy byłam dzieckiem większość czasu spędzałamm w domu chorując, a nie bawiąc i ucząc się z innymi dziećmi. Byłam tak zakręcona, że nawet imion koleżanek i kolegów z grupy przez 2-3 lata się nie nauczyłam. By nadrobić zaległości Mama uczyła mnie szybko w domu, żebym umiała to, co inne dzieci i w pierwszej klasie nie wyszła na głuptaska. Misja wykonana, choć nienawidziłam tych „sesji”. Gdy widziałam, że Mama wyciąga zeszyt ćwiczeń to już w całym domu było słychać moje jęczenie, że to jest nudne, że nie chcę, że chce się bawić. Mama niewzruszona jękami protestów (to były inne czasy – pamiętajcie) szlifowała moją wiedzę i umiejętności. Wtedy tego nie cierpiałam, ale z perspektywy czasu widzę, że nie miała wyjścia. Zaległości były zbyt duże. Gdyby nie jej ciężka praca, nie dałabym sobie rady w grupie.

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał

Chciałam zaoszczędzić synowi „przyspieszonych kursów wszystkiego”. By nigdy nie musiał w tak krótkim czasie opanować niewyobrażalnie dużej dawki wiedzy, jak na tak małe dziecko. Nigdy nie robiłam z nim suchych-ćwiczeń. Nie przepytywałam, nie zmuszałam. Nigdy nie interesował mnie rodzicielski wyścig szczurów. Bawiliśmy się. Kupowaliśmy zabawki z dużymi literkami i cyferkami, układaliśmy je we wzorki, budowaliśmy wieże z klocków. Mały się bawił, a ja gadałam. Każdą rzecz, którą dotknęłam nazywałam. Głośno i wyraźnie. Mały obserwował i słuchał. Bawił się, nieświadomie chłonąc wiedzę i zapamiętując, jak daną rzecz nazwałam. „A teraz położymy klocek A na klocku z literką H, o tutaj leży”, „Masz w rączce zieloną cyferkę. To jest pięć. Połóż tutaj, obok czerwonej jedynki, wygląda jak patyczek”.

Fascynowało go to, bo potrafię modulować głos podobnie do nauczycieli, co trudne do nauczenia nie było, mając jednego w domu. Skąd wiem, że go to nie nudziło? Sam znosił mi zabawki,  książeczki i pokazywał paluszkiem (bardzo późno zaczął mówić) żebym przeczytała/powiedziała głośno co to jest.

Mały uczeń zaczął się rozkręcać

Gdy zaczął mówić, to zaczął mnie „katować”zadankami. Chyba tysiąc razy musiałam pisać dla synka cały alfabet (i to potrójnie! Pisane duże i małe litery, a potem drukowane!). Siedział i patrzył za każdym razem zaciekawiony tak samo, jak gdyby widział to pierwszy raz.

Wkrótce zaczął próbować sadzić swoje kulfony pod moimi. Pozwalałam mu pisać tylko drukowanymi literami, aby nie wyrobić złych nawyków w pisaniu. Jak dziecko nauczy się niepoprawnie pisać to bardzo trudno potem odkręcić „błędy młodości”. Od pisania do samodzielnego czytania na głos dzielił nas tylko Elementarz. Ten zielony, z wczesnych lat `90, na pewno wielu z Was go pamięta. To była ulubiona książeczka mojego syna. Godzinami przeglądał obrazki, prosił żeby mu go czytać, aż wreszcie zaczął sam dukać krótkie słowa.

Rodzicielski wyścig szczurów? Nie startuję!

Nie naciskałam, nie popędzałam. Nie podsuwałam książeczek pod nos, prosząc, by mi coś przeczytał. Pilnowałam, jak mogłam, aby nie odczuł pisania, czytania i liczenia jako przykrego obowiązku. To była zabawa, a wkrótce i przywilej, gdy zadając mi pytanie „co tu jest napisane”, mogłam mu przypomnieć, że może już sam przeczytać. Duma, jaką miał wtedy wypisaną na twarzy, wynagrodziła mi te wszystkie ziewnięcia, jakie z siebie wydałam, gdy na jego prośbę, po dwadzieścia razy czytałam mu wciąż tę samą czytankę. Dzień po dniu. Do znudzenia. Mojego, bo dla syna to była przyjemność. Każdy ma swoje ulubione książki, do których często wraca. 

Po co to robiłam? By oszczędzić mu frustracji z gatunku „bo on już umie, a ja nie”, by nie musieć nadganiać materiału z przedszkola, gdy długo chorował i dlatego, że lubię zabawki edukacyjne, praktyczne prezenty dla dzieci, które procentują w przyszłości. (bo są zabawki dla dzieci, których nie toleruję) A najważniejsze – bo mojemu dziecku sprawiało to przyjemność. Nie zdawał sobie sprawy, że uczy się, bawiąc.

Odmawiam udziału w szaleńczym biegu!

Nigdy nie interesował mnie rodzicielski wyścig szczurów. Nie wyskakiwałam w czasie rozmowy, co to moje dziecko już umie, co powiedziało i zrobiło. Chyba, że ktoś mnie o to zapytał. Wtedy odpowiadałam, ale bez zadzierana nosa i przechwałki w tonie głosu. Nigdy nie byłam z tych Mam, które jednym tchem wyrecytują daty wielkich wydarzeń z życia swojego dziecka, bo po prostu nie czułam takiej potrzeby. Mama z kompleksami lub chorobliwymi ambicjami, która wywiera na dziecku presje „naucz się”, „on już umie, a ty nie” lub najgorsze: „wstyd mi za Ciebie”, to przeraźliwie przykre zjawisko. Nie jestem Mamą, która traktuje swoje dziecko, jak tresowaną małpę w cyrku. Nigdy nie pozwalałam sobie na sytuację, gdzie mówię do dziecka: „A pokaż pani jak ty ładnie czytasz”. Po co? Miałam udowadniać coś sobie i innym? Nie musiałam i nadal nie muszę.

Rodzicielski wyścig szczurów – dziękuję, postoję!

Oczywiście zdarzają się rodzice, którzy, np. w kolejce do lekarza rozpoczynają przedstawienie „a pokaż pani…”. Nie wzruszały mnie nigdy takie zagrywki. Ze stoickim spokojem patrzyłam, jak obcy siedmiolatek pocąc się z wysiłku dukał pojedyncze literki na tablicy ogłoszeń. Uśmiechałam się pod nosem, gdy mój pięcioletni syn patrzył ze zdziwieniem na „starszaka” i zaczynał mu „pomagać”, czytając całe ogłoszenie płynnie na głos. Nie komentowałam. Nie będę Was oszukiwać, to było przyjemne uczucie widzieć, jak dziecko świetnie sobie radzi, ale nigdy sama nie prowokowałam takich sytuacji. Bo po co? Nie widziałam w tym nigdy sensu. Nie reagowałam na podejmowane przez współrozmówców próby, „bo nasz Jaś, to już recytuje wiersze po francusku i to wspak!”. „Tak? A nasza Zuzia jeszcze nie chodzi, ale już robi salta w tył!”.

Nie biorę udziału w wyścigu – uczymy go dla niego

W rodzicielstwie nie chodzi o to, aby robić z dziecka pieska wystawowego. Jest człowiekiem. Jest istotą całkowicie zależną od rodzica. Naszym obowiązkiem jest nauczyć go wielu przydatnych w życiu umiejętności. Nie w celu przechwalania się. Nie by wygrywać w cichej rywalizacji z innymi rodzicami. Nie żeby dumnie zadzierać nosa i kazać ludziom oglądać jak dobrze wytresowałeś dziecko.

Masz robić to z miłości do niego, by ułatwić mu start w życie. Usłyszeć kiedyś „Dziękuję Mamo”, „Dziękuję Tato!”. By być dumnym świadkiem, jak procentuje mu czas, który mu poświęciliśmy.

 


Pani Miniaturowa<-– odwiedź mój fanpage na Facebooku