Matka matce wilkiem

Irytuje mnie ta nieustająca wojna polsko-polska, bicie piany o mleko z piersi, czy kobiety przekonujące inne kobiety, że „cesarka to nie poród”. Jeśli nie poród to znaczy, że nadal jestem w ciąży! Świetnie, powinnam zasługiwać na jakieś extra traktowanie. W sumie to nawet mam zachcianki, np. teraz mam ochotę zazgrzytać zębami. Bo nikt tak dobrze nie jest wilkiem, jak matka matce.

Zawsze gorsza?

Dziewczyny, nawet sobie nie wyobrażacie, jak ja Wam zazdroszczę normalnych, szczęśliwych, radosnych, wyczekanych ciąż. Tych miesięcy gdzie każdy się do Was uśmiechał, życzył zdrowia i wszystkiego najlepszego. W ciąży nasłuchałam się sporo. Zdarzało się nawet, że obcy ludzie w autobusie dyskutowali „ile może mieć lat ta gówniara z brzuchem?”, czy „ma 12 lat, zaszła w ciążę z ćpunem”. Obce kobiety syczały mi w twarz „patologia!”, „mała ku**a z brzuchem” i inne takie przyjemne określenia. Nie znali mnie, widzieli mnie pierwszy raz na oczy. Wrażenie musiałam robić piorunujące, bo zdumienie lub zniesmaczenie były częstszą reakcją niż ignorancja. A uwierzcie, wolałabym być olewana przez ludzi, niż traktowana jak najgorsza wywłoka. Tak w Polsce wygląda ciąża kobiety, która cierpi na niskorosłość. Czy u nas wiecznie trzeba walczyć o wszystko? O godność, szacunek, dobre traktowanie? Nawet o godne przechodzenie ciąży musiałam stoczyć walkę. Żaden ginekolog nie chciał jej prowadzić, o czym napisałam tutaj. Jestem już zmęczona.

Matka matce wilkiem

Odpokutowałam wszystkie wymyślone mi przez obcych ludzi przewiny, przepłakałam, przetrwałam i przeżyłam. Ale nie przeboleję tego, jak nadal matka matce wilkiem jest każdego dnia! Wyścig szczurów na każdym polu, ta lepsza, ta gorsza, ta karmiąca, ta pierdząca, ta nudna, ta zbyt wesoła, wściekłe suki dookoła. Po kilku latach macierzyństwa nauczyłam się to olewać, ale jednego nie przeboleję! (Uwaga: wyłączam teraz poprawność polityczną, jesteśmy dorośli i dobrze wiemy, że tacy ludzie żyją dookoła nas) Jak persona na zasiłkach z dziada pradziada, co to szkoły żadnej nie skończyła, szóstkę dzieci ma, każde z innym chłopem, wyskakuje mi, że jesteśmy wyrodnymi matkami. Bo… uwaga, uwaga, proszę o werble! „Pracujące pańcie wolą sobie siedzieć w biurze niż zajmować się własnymi dziećmi”. Takich bzdur nie zdzierżę. Czy poważnie w XXI wieku nadal są ludzie, którym trzeba tłumaczyć, że dla sporej części społeczeństwa praca jest wartością samą w sobie? I żeby w domu siedzieć mógł ktoś, to pracować na niego musi inny ktoś? Serio niektórzy to mają tupet takie rzeczy wygadywać. Libacje, zaniedbane dzieci, brud i smród – wzorowa mamusia! Tym osobom proponuję zamilknąć i skupić się na sobie i swoich dzieciach, zamiast banialuki opowiadać, jak to pracujące „porzucają własne dzieci, by sobie karierki robić” (wtf?!). Bo mnie serio kiedyś piorun strzeli i będę dla kogoś bardzo niemiła. Też mogę być matka matce wilkiem i głuptakom dogadam tak, że aż im w pięty pójdzie. Ale czy warto? 

Nie warto. To nic nie zmieni. Zróbmy więc tak: Przekreślmy wszystko grubą krechą i zacznijmy od nowa. Skończmy skakać sobie nawzajem do gardeł. Zajmijmy się wszyscy swoimi sprawami i odczepmy od innych ludzi. Wtedy wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. A na pewno mniej nerwowo.