Nie zadzieraj z moją waginą!


Temat był już maglowany tysiące razy. Przez blogerki, blogerów, dziennikarzy, mamuśki na forach, ludzi znanych i nieznanych, dlatego pora i na mnie. Myślę, że uda mi się go ugryźć z trochę innej strony. W skrócie: nie zadzieraj z moją waginą! Ani żadną inną!


 

Bardzo się cieszę, że w czasie ciąży i jeszcze ok. 3lata po porodzie nie miałam zbyt dużej styczności z innymi mamami. Co prawda byłam odcięta od niewyczerpalnego źródełka tanich, używanych ciuszków dziecięcych, sporej dawki wiedzy i doświadczenia innych mam, lecz jednocześnie byłam całkowicie wolna od przykrych komentarzy i wyrzutów sumienia „że skoro robię coś inaczej, to pewnie robię źle”.

Dowiedziałam się, że są fora dla kobiet, które urodziły siłami natury. Taplają się we wzajemnym bagienku wyplutego z siebie jadu. Jad ten sączą w rany operacyjne mam, które z różnych powodów zmuszone były urodzić przez cięcie cesarskie. Jest tam cała masa kobiet, które uważają, że dzieci z cesarki są gorsze, że będą miały problemy w przyszłości. Nie będę podawać szczegółów tych bzdur, bo nie popieram kopiowania głupot.

Generalnie wychodzi na to, że całe zło świata spowodowane jest przez dzieci z cesarki i ich samolubne, rozpuszczone, zepsute do szpiku kości matki, które ubzdurały sobie, że tak będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Otóż nieprawda moje panie. Grom z nas, mam po cesarce, sobie tego nie ubzdurało, lecz były ku temu ważne medyczne powody. Było zagrożone życie i zdrowie nasze, lub naszego dziecka, albo obojga. Wskazań do wykonania cięcia jest mnóstwo. Mogłyśmy się wykrwawić, stracić wzrok, dziecko mogło się udusić, jego serduszko zaczęło słabnąć lub najzwyczajniej w świecie maleństwo nie odwróciło się prawidłowo do porodu.

Nie możemy podchodzić do rodzicielstwa jak do konkursu (niestety wielu rodziców, zwłaszcza matek, tak się zachowuje). To nie wyścigi. Nie wyobrażam sobie sytuacji żeby ktoś mi zaczął robić przytyki z powodu cesarki, bo chyba bym mu splunęła na kapcie i powiedziała „ups, ulało mi się”. Nie zadzieraj ze mną, ani żadną inną matką!
Nawet do tak cudownej sprawy, jaką jest macierzyństwo, należy podchodzić zdroworozsądkowo i konkretnie. Urodziłam to urodziłam. W jaki sposób? W JEDYNY DLA MNIE MOŻLIWY i koniec tematu. Żadnego tłumaczenia się i usprawiedliwiania. A jak ktoś uważa mnie za gorszą, bo dziecko ze mnie „wydobyto”, to powinien iść na jakąś terapię, bo ma srogie kompleksy i problemy ze swoją samooceną, skoro „pociesza” go dokuczanie innemu człowiekowi.

Mam umrzeć na sali porodowej, żeby tylko udowodnić tysiącom obcych bab, że jestem „równie wspaniała” i „bohaterska” co one? NIGDY.
Mam poświęcić życie i zdrowie mojego dziecka, żeby tylko obce baby uznały, że jest „dobrze urodzone” i kiwnęły mi głową z aprobatą? NIGDY.
Mam w nosie ich uznanie. Niech leczą kompleksy na kimś innym, bo na sobie nie pozwolę. Wara im od mojej macicy i dziecka! Wara od mojej waginy!

Szanuję wszystkie Matki, bez względu na to jakim sposobem urodziły, ile czasu rodziły, czy karmiły piersią, butelką, czy wężem ogrodowym!

Każda z nas jest wspaniała, bo przywołała na świat najcudowniejsze istoty – nasze dzieci!

Dlatego pytam:
Czemu wciąż istnieją rodzice, którym trzeba to w kółko powtarzać? Nie zadzieraj z moją waginą!

Pani Miniaturowa