Muzyczna spowiedź Miniaturowej

Jeżeli piekło istnieje i faktycznie torturuje się tych wszystkich złych ludzi i matki przebijające uszy niemowlętom, obdziera ze skóry, przysmaża i gotuje w kotłach, słychać tam taki potępieńczy wrzask, wycie, skowyty, huki, grzmoty, to to piekło brzmi, jak moja muzyczna playlista.

Nikt, zaświadczam nikt(!) z całej mojej rodziny, znajomych, ani nawet chłopak nie lubią słuchać ze mną muzyki. Mój gust muzyczny jest nie do zniesienia, zwłaszcza te wszystkie nietypowe połączenia, które mi jakoś szczególnie nie przeszkadzają. Potrafię słuchać muzyki klasycznej, ze skrzypcami obowiązkowo, by za chwilę przejść do ryjącej mózg techniawki. Później przeskakuję na nagranie Violetty Villas z 1963 roku, by po skończonej piosence włączyć Viking Metal. Nie jestem normalna i wybór piosenek jest tego niezaprzeczalnym dowodem. Lubię jak jest moc, ciary i browary. I lasery. Lasery robią piu piu. 

Wracając do tematów religijnych. Spójrzcie tylko na tego anioła śpiewającego „Pie Jesu”. Możesz być najbardziej zagorzałym hejterem wszystkich religii świata, ale piękna muzyki nigdy nie zhejtujesz. Chyba, że jesteś kretynem, to możesz próbować.

Chloe Agnew już w wieku 12 lat nagrała swoją pierwszą płytę, nie dziwota więc, że Celtic Woman, które uwielbiam, zaprosiły ją w swe, słynące z niesamowitych wokali progi. Pod spodem Hayley Westenra w przepięknym wykonaniu „Scarborough Fair”.

Mało znam wokalistek, o tak pięknych, łagodnych, a jednocześnie silnych głosach. [Pamięta ktoś jeszcze o Sarah Brightman? Śpiewającą Ave Maria w teledysku, gdzie leży naga „ubrana” w złotka po czekoladkach : ) ] A ich skrzypaczka – Mairead Nesbitt – czaruje widzów swoimi umiejętnościami, nie tylko muzycznymi, ale i tanecznymi. Bardzo chciałabym wybrać się na ich koncert. 

Jeżeli kręcimy się już w pobliżu skrzypiec, grzechem byłoby nie wspomnieć o Lindsey Stirling. „Shadows” to moja ulubiona piosenka, choć świat poznał ją dzięki Crystallize, a pierwsi fani, dzięki programowi America`s Got Talent, który doskonale sprawdza się w wyszukiwaniu takich perełek, jak Lindsey. Ta kobieta ma niesamowity talent! Wymiataj na skrzypcach, jednocześnie tańcz i pięknie śpiewaj! Ona to potrafi! Obejrzyjcie koniecznie „Spontaneous me” oraz „Electric Daisy Violin”. Moja muzyczna lista lubi skrzypce, o czym przekonacie się ponownie za kilka chwil.

By nie zachwalać w kółko zagranicznych artystów chciałabym Wam przedstawić Dorotę Osińską. Jeny, jak ja uwielbiam jak ona „wrzeszczy”! Ta niziutka kobietka ma w sobie moc zdolną rozbijać mury, uwielbiam ją za to, co potrafi zrobić ze swoim głosem. Wielka szkoda, że jest tak niedoceniana przez polskich słuchaczy. Odważyłabym się ją porównać do Christiny Aguilery, która pomijając to, że jest doskonałym produktem marketingowym, ma świetny głos i potrafi nim robić co tylko zechce. Dorota również, choć oczywiście jest o wiele łagodniejsza zarówno wyglądem, jak i zachowaniem. Nie zapomnijcie przesłuchać „To nie banał”, „Jestem chora” i „Ktoś do kochania”.

Wróćmy jeszcze na chwilę do skrzypiec. Czy wiecie, że w Polsce też mamy niezłego instrumentalistę? Jest nim oczywiście Michał Jelonek, którego poznałam na Dniach Opola. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek wytrzymam stać z moją chorą nogą i kręgosłupem parę godzin w deszczu, ale wystałam! Pod samymi barierkami, które prawie roznieśli ludzie, którzy uderzyli w pogo. Było mokro, zimno, wszystko mnie bolało, ale muzyka była zbyt zajefajna, by opuścić koncert. Zabawa była świetna, mimo, że nie brałam udziału w gonitwach, tańcach i ćwiczeniach, które ze sceny organizował swoim słuchaczom Jelonek. Jakby go tu podsumować…to gość, który gra rocka na skrzypcach i potrafi rozruszać publikę, jak jeszcze nikt inny dotąd? Dają czadu na scenie, dlatego koniecznie obejrzyjcie filmiki z koncertów, oczywiście nie dla muzyki (bo amatorskie nagrywańce są kiepskiej jakości), lecz żeby sprawdzić, co ten człowiek wyprawia z tłumem. Wszyscy jarają się utworem „BaRock”, czy „Machine Hat”, ale ja kocham Jelonka za „Akka” i”Romantic Revenge”. Mam najprawdziwsze ciary, gdy słucham tej piosenki. Kocham ją! 

Po takim wstępie nie będę Was katowała „techniawkami”, ale chyba wiadomka, że Avicii, David Guetta nie są mi obcy. Tutaj wielkie dzięki dla tego drugiego, bo dzięki niemu odkryłam tajemniczą artystkę o pseudonimie Sia. To kolejna kobieta, która umie porządnie wrzeszczeć. Ona jest niczym drogi samochód z setką koni mechanicznych pod maską, w którym musisz się pilnować, by nie wcisnąć za mocno gazu, bo zrobisz sobie krzywdę. Jej głos jest tym silnikiem. Nie ogarniam ludzi, którzy widzą w poniższym teledysku treści pedofilskie (puknijcie się w głowę!). Dla mnie to sztuka. Wielkie brawa dla choreografa! 

Wciąż lawiruję przy kobietach z silnymi głosami, dlatego wstyd byłoby nie wspomnieć o Adele (moja wielka muzyczna miłość sprzed paru lat) oraz Florence Welch. Tak, mam prawdziwą fazę na wrzeszczące kobiety : ) A Florence zdecydowanie umie wrzeszczeć, choć może nieco inaczej niż poprzedniczki. Dałabym się pokroić za bilety na jej koncert. Jakiś czas katowałam non stop tę piosenkę. Cóż, nadal mi się podoba 🙂

Zanim przejdziemy do innych klimatów chciałabym jeszcze paść do stóp takim artystom jak:
Bjork – ulubione piosenki to „Play dead”, „All is full of love”, Unravel”, „Joga” – świetne teledyski!
Czy to obciach jarać się nadal Evanescence? „Call me when you`re sorber”.
Lana Del Rey – mnóstwo ludzi uważa, że jest totalnym beztalenciem. No cóż. Może nie potrafi śpiewać na żywo, a jej styl jest na tyle specyficzny, że nie każdemu pasują „takie wyjce”, ale mi się podoba. I to bardzo! Jeszcze rok temu moja muzyczna lista była nią dosłownie zapchana.
I niezapomniany Nightwish z super teledyskiem (nowsza wersja jest do kitu), który katowaliśmy z ojcem CAŁYMI DNIAMI. Mama chciała nas wyrzucić z domu, bo miała już dość. Jak już wspominam erę „najtłisza” i słuchania z ojcem muzyki, to szkoda, by było nie wspomnieć o Enya. Niektóre utwory znaliśmy na pamięć, np. „May it be” z Władcy Pierścieni. Cudowny głos!

https://www.youtube.com/watch?v=p9Fyib7NZ8w


LP – Chyba nie trzeba jej nikomu przedstawiać? : ) „Tokyo sunrise” podbiło moje serce. Wszystkie lajfy ma perfekcyjne. Moja muzyczna spowiedź nie byłaby pełna bez tej artystki. Aż żal nie wcisnąć replay. Zerknijcie na „Muddy Waters”.

To co, teraz pora pozachwycać się trochę mężczyznami, nie uważacie? OMÓJBOŻEJAKJAUWIELBIAM Aerosmith! Wszyscy jarają się hiciorami „Crazy”, „Cryin”, czy niezapomnianym „I dont wanna miss a thing”, a ja przedstawię Wam „Angels eye”. Wybaczcie, że nie wstawiam w tytułach apostrofów, wtedy sypie mi się tekst, ponieważ uruchamia się jakieś magiczne formatowanie wpisu. Osoby z wrażliwymi uszkami, niech sobie lepiej dadzą ciszej : ) Dziadkowie światowego rocka są jednymi z nielicznych, których twórczość lubię niemalże w całości. Chciałabym mieć tyle powera co oni. I nikt tak dobrze nie śpiewa o różowym, co oni – „Pink”.

Nie potrafię pisać o męskich zespołach, tak jak o moich ulubionych wokalistkach, dlatego krótko: Disturbed, teraz panuje na nich faza, bo odwalili kawał fajnej roboty coverując (tak się to pisze?) „The sound of silence”. Pierwszy raz styczność z nimi miałam w wieku bodajże 12-13lat, gdy starszy kolega próbował wykształcić we mnie jakiś gust muzyczny, bo byłam skażona różnymi badziewiakami. Podesłał mi wtedy „Forsaken” jakżeby inaczej. Trochę komercha, ale strasznie zajarałam się głosem, który wchodzi pod koniec utworu. Teraz regularnie włączamy sobie całą ich playlistę, bo mamy już z kolegą z pracy serdecznie dość reklam w radio. 

Jestem straszną ignorantką jeżeli chodzi o męskich wykonawców, albo jak mi się wydaję, że to „chłopy grzebią w tym interesie”. Lubię mnóstwo mocnych, ostrych brzmień, a często nie mam pojęcia, kto to tak właściwie gra/śpiewa. Weźmy na przykład soundtrack z serialu Wikingowie. Generalnie nie jest problemem poszperać chwilkę w internecie i dowiedzieć się KTO stoi za tą muzyką, ale jestem leniem. Wklepuję sobie „Helvegen”, „FeHu” i gotowe. Tak, wstyd mi 😛 Nie bardzo wiem, czemu traktuję ich po macoszemu, może to jakaś cicha solidarność jajników? ; )

Na szczęście znam Percival Schuttenbach i Żywiołaka, także myślę, że mogę dostać rozgrzeszenie za wszystkie moje muzyczne grzechy. Niegdyś katowałam Nową Ex-Tradycję z uporem maniaka. Dziś, po baaaardzo długiej przerwie moja muzyczna lista zostanie uzupełniona o ten zespół. Nie wiem czemu tak bardzo kręci mnie ta muzyka. Może po prostu dlatego, że jest dla mnie niczym zew natury. Takie mam skojarzenia, nawet jeśli tekst jest zupełnie o czym innym. Ja widzę góry, jeziora, niekończące się łąki, rozwiany włos. Po prostu wow. 

Turlając się w rejonach viking metalu, folk metalu, nie w sposób nie zahaczyć o bardzo fajny folk, który tworzą Same Suki. To moje niedawne odkrycie i bardzo się cieszę, że moja muzyczna lista zawiera takie perełki polskiej muzyki. Ich twórczość budzi niemałe kontrowersje, a jeden z występów oburzył zebraną publiczność w Częstochowie, o czym możecie sobie poczytać tutaj. Cóż, dziewczyny mają specyficzne teksty, nie jestem pewna, czy osoba zapraszająca je wiedziała o tym : )  

Pora kończyć moją przydługą spowiedź muzyczną. Nie wspomniałam jeszcze chyba o setce zespołów i wokalistów, których lubię, kocham, szanuję, ale na ten moment myślę, że wystarczą Wam Ci wszyscy, o których pamiętałam dzisiejszego wieczoru. Znacie, lubicie, słuchacie? A może macie dla mnie jakieś muzyczne podpowiedzi, czego koniecznie powinnam posłuchać?

Pozdrawiam, Pani Miniaturowa.

PS: Wielka prośba do psychofanów blogów muzycznych, powstrzymajcie się proszę od hejtowania mojego stylu pisania, używania kolokwializmów, czy mylenia pojęć, jeśli mi się to zdarzyło. Dziś po prostu opowiedziałam o muzyce, którą lubię i ubieranie tego w specjalistyczny żargon odebrałoby mi z tego całą radość. Nie jestem blogerem muzycznym, jestem amatorem-ignorantem, który po prostu włącza i słucha. Musicie się z tym pogodzić. Nie nawrócicie całego świata.