Kreacjonizm pada na glebę

Wiedziałam, że Opole jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Bo wiecie, jak mieszka się na wsi wojewódzkiej między Wrocławiem a Katowicami, to od razu wiadomo, iż jest to niezwykłe miejsce! Małe, zielone, niepozorne, lecz to właśnie tu kreacjonizm padł na glebę!

Mamy nie biorą L4?

Razu pewnego moje matczyne baterie atomowe były na wyczerpaniu. Okazało się, że jednak nie da się NIE spać, dopóki wszystkie Twoje dzieci nie osiągną trzydziestki, tak więc moja podatność na choróbska drastycznie wzrosła. Tak więc z wzorowej mamy, która się wraca do domu po zieloną koszulkę, gdy właśnie po Waszej tygodniowej nieobecności w przedszkolu odbywa sie dzień zielonych koszulek, a ty jak skończona łajza ubrałaś dziecku czerwoną. Z mamy, która przelewała herbatę z jednego kubka do TEGO JEDNEGO JEDYNEGO WŁAŚCIWEGO, by uniknąć dziecięcej depresji-niewłaściwo-kubkowej. Z mamy, która uczyła się na egzaminy siedząc na twardym szpitalnym krzesełku dla dzieci, gdy jej własne wreszcie zasnęło pod kroplówką (i kołderką). Ze studentki, która zabijała wzrokiem TEGO pana doktora z uczelni, za jego bardzo niepopularne wśród biednych matek studentek wypowiedzi. Takie w guście, „zabierać biednym i dawać bogatym, bo biedni sami sobie winni, że jedyny żywiciel rodziny zginął w wypadku, a matka z trójką dzieci niech sobie głoduje i ma pecha, że jej nie stać na przedszkole dla dzieci, żeby móc iść do pracy”… bla bla bla. Ciśnienie mi rosło na widok tego pana, powaga. Ale podobno się zmienił, a przynajmniej w gazecie. Z tej nadludzkiej mamy, takiej samej jak wszystkie inne, zmieniłam się w mamę z gorączką i gilem po pas. Uznałam, że nie będę leczyć się cebulą, miodkiem i męczyć się trzy tygodnie, dla życia na wiwat hipster-full-natural, tylko pójdę, jak przystało na sukę w usługach nowoczesności, do lekarza. I regret nothing! Przychodzi Miniaturowa do lekarza, a tam też baba. Czy coś tam. 

Przepisała leki – gnaj do apteki!

Wbijam do apteki, niczym rosyjski oligarcha do swojego zamczyska z pozłacanymi klamkami. Obrzuciłam zebrane w środku towarzystwo, niczym ziemianin chłopów swych podwładnych, niczym kierownik budowy dzień przed wypłatą, gdy jeszcze wszyscy są dla niego mili, bo nie wiedzą ile dostaną na lewo w kopercie, niczym Kłin Elżunia Cwaj swych wiernych poddanych, ach, jakiż to był wzrok! Powalający ciepłem bijącej ode mnie gorączki, a jednocześnie takiwielmożnojejmościowoarystokratyczny, i kapką zeza. Tylko czekać, aż z syropów na kaszel zacznie ciec burbon, czy inne szlachetne trunki pokroju coca-coli waniliowej. Co by ludziom nie było głupio, czy nieswojo unikając kaszlenia na nich, słaniam się w stronę lady, lecz grzecznie swej kolejki pilnuję. Nikogo nie trącam w pupę, by przesuwał się na przód szybciej. Nie chrząkam nikomu w krzyż, by szybciej go obsługiwano. Nie! Ja tu stoję i czekam! Czekam i stoję. Grzeczna, posępnie milcząca, nosem tylko troszkę siorbiąca. Zupełnie nie spodziewająca się, że oto za moment kreacjonizm padnie na glebę. Znokautowany przez staruszkę.

Akt 3. Wchodzi babcia.

Nagle wrota apteki otwierają się, wpuszczając do środka demony zimna i nie mniej demoniczną babuszkę. Pewnikiem opętana, bo na mój widok się uśmiechnęła. Nawet własni rodzice nie uśmiechają się na mój widok, a tu patrzcie, taka odważna starowinka. Brawo! Babuszka wchodzi, szurając nogami, rozgląda się po towarzyszach kolejkowej niedoli i wtem jej wzrok utknął na mej mizernej osobie. Przestępując z nogi na nogę, otworzyła buzię, lecz szybko się opamiętała i usta zamknęła. Zerkała dalej niepewna tego co widzi, zaniepokojona pewnie nagłym pogorszeniem jakości okularów, które sobie sprawiła. I patrzy dalej. Świdruje mnie spojrzeniem, aż mi się cieplej zrobiło, albo to ta gorączka odpuszczać nie zamierzała, a tu jeszcze trzy choroby w cielesnej powłoce przede mną i jeden symulant. Czekam i stoję. Stoję i czekam. Babulenka wreszcie zebrała się na odwagę, zrobiła krok w moją stronę, spojrzała mi prosto w me kaprawe, z rozmazanym tuszem oczy i w tej całkowitej ciszy, jaka akurat na sekundę zapanowała w aptece, rozniosło się babusiowe – Ale pani malutka jest! Pani jest nową gałęzią ewolucji! – wysapała, a kreacjonizm rozsypał się w swych fundamentach w drobny mak! Tam, w tej niepozornej aptece całodobowej! W małej wsi wojewódzkiej zwanej Opolem! Zapamiętajcie to miejsce, to właśnie tam kreacjonizm padł na glebę! Odchrząknęłam niewyraźnie, wszak słynę z elokwencji, toteż zamruczałam „ojej”, uderzona faktem, jakim nagle się stałam.

Niech żyje nowe!

Stałam się nową gałęzią ewolucji. Czujecie to? Nowiuteńką! Nie jakaś tam starą, zmurszałą gałęzią z hubą na plecach, lecz całkiem nową! Taką jeszcze z metką psze państwa! Bo Miniaturowa, to jest brendnju ludź! Taki ewolucyjny. Co to to rośnie tylko wszerz, ale nigdy wzdłuż ; )