Marzenia z dzieciństwa – czy doczekały się spełnienia?

Marzenia z dzieciństwa, och jakie puste byłyby nasze głowy, gdyby nie umiejętność wyobrażania sobie różnych rzeczy. A co jak co, pomysłów w dzieciństwie miałam całe mnóstwo, na siebie, na mój dom, na to co mnie otacza. Chyba każdy z nas tak ma? Dziś pozwolę Wam zajrzeć do mojej głowy. Z tej okazji nawet tam trochę posprzątałam. Wymiotłam wszystkie paproszki, mysie bobki i niebieskie migdały.

Marzenia z dzieciństwa

Jak Pippi Pończoszanka

Po etapie „nie chcę czytać, czytanie jest nudne” przeszłam w fazę „dajcie mi wszystkie książki jakie macie!”. Od drugiej klasy podstawówki pochłaniałam książki w tempie ekspresowym, czytałam je w takich ilościach i tak szybko, że wkrótce w domu zaczęło ich brakować. Przymierzałam się nawet do lektury „500 przepisów na obiad z ziemniaka”, ale najwyraźniej już wtedy przeczuwałam, że gospodyni domowej ze mnie nie ulepią, więc sobie odpuściłam. Chyba w odpowiednim momencie siadłam na krześle w kuchni i uruchomiłam syrenę alarmową, największą broń wszystkich dzieci świata: Mamaaaaaa!!! Nudziiii mi sięęęęę!!! Mamaaaaa!!! Poooobaaaaaw się ze mnąąąą!!! I w ten oto sposób wykwiliłam sobie nową książkę – Pippi na Południowym Pacyfiku. Och słit dżyzas, jak mi się ta książka podobała! Oczywiście od tej pory moje marzenia były ściśle określone: zamieszkać na bezludnej wyspie, huśtać się na lianach i skosztować owoce chlebowca. Muszę pogadać z czterolistną koniczynką, czy byłoby do ogarnięcia.

Most na skróty

Zanim przeprowadziłam się z Omenem do Gajowego, mieszkaliśmy bardzo blisko rzeki Odry. Uliczki w mojej rodzinnej okolicy są wąskie, ułożone bez ładu i składu, a ogrody przy niektórych domach nie mają równych kształtów. Okoliczne domu były budowane w 1880-1940 roku. Chyba nikt mocniej się nie zastanawiał, jak to wszystko będzie wyglądać w przyszłości. A wygląda tak, że aby przejść nad Odrę, czy na sąsiednią uliczkę, trzeba iść dookoła i nadrabiać drogę. Pomiędzy domami nie ma przejść, ani skrótów. W dzieciństwie było to dla nas dość dokuczliwe, bo teoretycznie mieszkałyśmy z koleżankami prawie obok siebie…a trzeba było iść do głównej drogi, a potem dookoła domów, by dostać się do siebie. Ach Ci dorośli, nic nie mogą zrobić, jak trzeba 😉 Wtedy też wymyśliłam, że fajnie byłoby zbudować most biegnący od mojej uliczki, nad dwoma ogrodami sąsiadów i kończący się na drugiej uliczce. Dzięki temu byłoby się szybciej u celu 🙂 To było niespełnione marzenie szalonego architekta. Dziś już wiem, że taki most nazywa się wiaduktem… a sąsiad prędzej dałby się zafarbować na różowo, niżby pozwolił na puszczenie kładki nad swoim ogrodem.

Śpiewać jak anioł

To chyba dość popularne marzenie – być piosenkarką. Mało znam kobiet, które w dzieciństwie nie chciały być wokalistkami super popularnych zespołów. Zawsze lubiłam śpiewać, może nie wychodzi mi to jakoś szczególnie cudownie, ale grunt, że nie fałszuję. Co innego w dzieciństwie, świergotałam jak ptak… tyle, że bliżej mi było do wróbla z chrypką niż do dźwięcznego słowika.

Willa z basenem?

Nie potrzebowałam willi, moim marzeniem był tylko i wyłącznie duży basen! Żebym mogła w nim pływać, skakać z trampoliny, zjeżdżać do niego ze ślizgawki oraz zapraszać koleżanki do wspólnej zabawy w wodzie. Oczywiście marzenie spełniło się, ale ograniczyło się wyłącznie do ogrodowych baseników dla dzieci. A teraz, w nowym domu mamy dość spory staw, w którym można się kąpać… tylko gdzie ta trampolina? 😉 PS: Nigdy nie nauczyłam się pływać! Za to w nurkowaniu jestem świetna!

Bujaj się!

Do końca świata i trzy dni dłużej będę uwielbiała się huśtać, bujać i kołysać. Ale to nie są objawy choroby sierocej – kocham huśtawki! Zawsze chciałam mieć huśtawkę w ogródku. Moje marzenie częściowo się spełniło, gdy tata przywiązał mi do gałęzi oponę. Mogłam się huśtać, pod warunkiem, że przekonałam naszego rottweilera, by na chwile przestał ją gryźć 🙂

Niezwykły pokój

W dzieciństwie nie przywiązywałam uwagi do wystrojów wnętrz. Wiedziałam, które są „ładne”, a które „nieładne”. Ale jeśli chodzi o mój pokój, marzenie miałam konkretnie… szalone. Chociaż zamieszkiwałyśmy z siostrą osobne pokoje, czułam, że moje życie nie będzie pełne jeżeli nigdy nie będę mieć piętrowego łóżka. Rzecz jasna to ja miałam spać na górze! Jako, że nienawidzę drewnianych drabinek, uznałam, że me cierpienia ukrócą się tylko jeśli z piętrowego łóżka schodzić się będzie… zjeżdżając ze zjeżdżalni. Matko, jak ja chciałam mieć tę cholerną zjeżdżalnie! W sumie teraz jakby mi Gajowy zrobił zjeżdżalnie z naszej sypialni do warsztatu, jestem przekonana, że używałabym jej codziennie 🙂 Na suficie pokoju moich marzeń miała być piękna lampa w kształcie motyla, oczywiście kryształowego. Nie wiem skąd ten pomysł, bo nigdy nie pałałam zbytnią miłością do różowych motylków, ale pewnie uznałam, że żaden pokój dziewczynki nie może się obejść bez motylków. Ukoronowaniem tej wnętrzarskiej piękności miał być dywan w krowę. Tak proszę państwa! W krowę, albo w zebrę, bo nikt takiego by nie miał. Oczywiście to byłaby sztuczna krowia sierść. Ach, byłabym świetną projektantką domów gwiazd!

Roszpunka czy inna księżniczka

Zawsze, podkreślam zawsze ludzie zaczepiający moją mamę na ulicy myśleli, że w spacerówce siedzi chłopczyk. Zawsze było „o jaki ładny synek”, a ja purpurowiałam z oburzenia na swojej pyzatej gębuli i krzyczałam, że „jestem dziefcynkom!”. Mama uparcie ścinała mnie na grzyba, garnek, ewentualnie na pazia królowej. Nie cierpiałam tych krótkich fryzurek na tyle mocno, że postanowiłam już zawsze mieć długie włosy. Marzenie spełniło się dopiero w liceum, gdy moje włosy powolutku zaczęły osiągać zadowalającą mnie długość. Zbliżam się do trzydziestki, a ja nadal bujam się po mieście z włosami za pośladki. Matka straszy mnie fryzjerem, prosi bym wreszcie zrobiła sobie „dorosłą fryzurę”, a znajomi straszą, że jeśli tylko zetnę włosy to dostanę rózgą po pupie i przed tym drastycznym krokiem mam przeprowadzić referendum, puścić w obieg ankietę, oraz napisać podanie. Które oczywiście zostanie odrzucone 🙂 Na fotce stan sprzed roku.

To ptak, to samolot?

Moje ostatnie marzenie z dzieciństwa to latanie! Odkąd przyśniło mi się, że latam nad moją okolicą, byłam zachwycona tym uczuciem i widokami. Chciałam to powtórzyć, aczkolwiek, jak sami dobrze wiemy, to raczej niemożliwe.  Teraz, gdy jestem dorosła, wiem, że skok bungee daje podobne uczucie, ale mój stan zdrowia nie pozwala mi na takie ekscesy. Natomiast w wakacje miałam możliwość przelecieć się na paralotni… ale nie odważyłam się podejść do instruktorów. Cóż, zabrakło Moniki z bloga Konfabula.pl, która swoim fachowym wyrzutem miniaturowej, ponownie wepchnęłaby mnie w ramiona spełniania marzeń. Gdyby nie ona, w życiu nie odważyłabym się zagadać do Michała Szafrańskiego, mojego ulubionego blogera. Tak sobie myślę… chyba każdy powinien mieć w pobliżu siebie taką Monię, która pomoże mu odważyć się spełnić swoje marzenia.

 

Zauważyliście coś? Chciałam rzeczy materialne, przedmioty mniej lub bardziej dla nas dostępne. To znaczy, że rodzice zrobili kawał dobrej roboty dbając, bym czuła się bezpieczna i doceniona. Nigdy nie myślałam o tym, by być rządzącą innymi księżniczką, po prostu chciałam różne ładne rzeczy i to zaprzątało moją małą, głupiutką główkę. Byłam szczęśliwa, dlatego nigdy nie poświęcałam czasu na marzenia o byciu zdrową.

Dbajcie, by Wasze dzieci miały czas w ciągu dnia na kreatywne nudzenie się, bo nic tak nie pobudza umysłu, jak chwila odprężenia. Dziecięce marzenia ogranicza tylko wyobraźnia.

A jakie Ty miałeś marzenia? Podziel się nim tutaj w komentarzu lub na fanpage Pani Miniaturowa. Kliknij pogrubienie, aby się tam przenieść.