Jak spakować dziecko na wyjazd i nie zwariować

Raz w roku czcigodny Duch Rodzicielstwa zerka na mnie łaskawym okiem i miłosiernie daje mi odpocząć od Omena wysyłając go z dziadkami nad morze. Na całe 15 dni! Pół miesiąca! Mogłabym to powtarzać na głos jeszcze przez kilka minut, by moje skołatane nerwy omdlały z rozkoszy. Po dzikich okrzykach euforii i odtańczeniu pląsów wolności przychodzi chwila refleksji:

– dobra fajnie, ale kto Omena spakuje? – spytała naiwnie Meduza
– jak to kto? chyba ma matkę nie? – odpowiedziała NigdyNieDającaSięZbićZTropu Mama Meduzy
– no kurczę faktycznie – westchnęła leniwie Meduza, która przeczuwała, że nikt tak łatwo nie da się wmanewrować w ten jakże przyjemny obowiązek.

Zaczynamy! Aby spakować dziecko na jakikolwiek wyjazd zawsze potrzebujemy torby, ewentualnie walizki na kółkach. Szczególnie polecam walizki na kółkach, bo po spakowaniu zbyt ciężkiej torby, którą musiałby nosić ktoś inny, a nie my, nasze dziecko mogłoby zostać sierotą. Mój Tato nie lubi dźwigać ciężkiego 😉 Znajdujemy największą walizkę jaką mamy w domu. Triumfalnie kładziemy ją na środku stołu, otrzepujemy kurz iii…odnosimy ją spowrotem na strych i jedziemy do sklepu po większą. Koniecznie!

Gdy już mamy upragnioną walizkę ustawiamy ją równolegle do szafki z ubraniami dziecka. Otwieramy drzwiczki, zapieramy się mocno nogami i powoli, ostrożnie przesypujemy zawartość do walizki i voilà!

A tak serio to pakowanie najlepiej rozpocząć rano, gdy mamy w miarę świeży umysł. Jeżeli mamy możliwość zorganizujmy dziecku czas z dala od nas, żeby nie przeszkadzało lub nie dzieliło się poradami na temat pakologi stosowanej „mama, a koszulki wsadź tutaj, do tej torby”. Dzięks ziom, bo ja planowałam wrzucić do lodówki :* Kochany Potworek 🙂

Polecam zacząć pakowanie od rzeczy dziwnych/rzadko używanych/bardzo potrzebnych. Jestem Meduzą Kwoką dlatego na pierwszy ogień idą wszelkiego rodzaju leki przeciwgorączkowe, termometr, książeczka zdrowia, psikacz do noska, na ból gardła, plastry na skaleczenia, żel po ukąszeniach owadów i saszetki na brzuszek, aby maksymalnie ułatwić moim rodzicom ewentualne przygody zdrowotne z dzieckiem.

UWAGA: By oszczędzić sobie i dziecku stresu uczymy je jak się zachować w przypadku zgubienia. Powtarzamy imiona i nazwiska dziadków, nazwę pensjonatu, prosimy żeby się głośno i wyraźnie przedstawiło… i zdroworozsądkowo wiedząc, że dziecko i tak ze strachu może się zaciąć i nie chcieć rozmawiać z ludźmi, którzy go znajdą, pakujemy mu do torby specjalną bransoletkę bezpieczeństwa, na której zapisujemy imię (niekoniecznie polecam, ktoś to może wykorzystać, aby zdobyć zaufanie dziecka) i numery telefonów do opiekunów dziecka. Aczkolwiek byłoby fajnie jakby po prostu ludzie pilnowali swoich dzieci i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie 😉

Następnie wrzucam krem z filtrem (dla delikatnej skóry dziecka ochrona zaczyna się od filtru SPF 30 i w górę!), kółeczko do pływania, rękawki, okularki do nurkowania i czapeczkę z daszkiem. Niestety nie mamy okularków przeciwsłonecznych, bo jestem fujarą i kupiłam mu za małe (mimo, że przed kupnem je przymierzał, czujecie ten klimat małorolnej prostoty?)

O szamponach, pastach do zębów i ile sztuk ubrań trzeba zabrać i na ile dni, nie będę Wam pitolić, bo jest to kwestia baaaaardzo indywidualna i zależna od miejsca wyjazdu, wieku dziecka, czy mamy na miejscu pralkę i czy nasz bagażowy ma krzepę 😉 Jedno jest pewne – koniecznie zabieramy ciuchy na zimne dni! Pełne buty, kurtka, bluza, długie spodnie, to absolutne must have zwłaszcza nad naszym polskim morzem, które jest kapryśne jak facet, który długo nie zaliczył.

Co jeszcze będzie potrzebne? W tym roku bawię się w bagaż podręczny i Omen dostanie mały plecaczek z ubraniem na zmianę, chusteczkami i standardowo jedzenie i picie na podróż. Do tego kocyk gratis, bo jadą w nocy i na bank 3/4 podróży prześpi, a klima będzie hulała to głupio by było przeziębić dziecko pierwszego dnia wyjazdu.

Gdy już wszystko mamy spakowane zaczynamy obgryzać paznokcie wpatrując się nerwowo w zegar, odliczając minuty i sekundy do odjazdu dziecka i naszej upragnionej wolności. Po odjeździe dziecka zwijamy się w pozycji płodowej pod kołderką i wpadamy w depresję, bo dociera do nas, że „ktoś nam właśnie porwał dziecko!” i czujemy się dziwnie samotni w tym dużym pustym domu, w którym jest podejrzanie czysto, nie słychać dzikiego tupania po schodach i nikt nie wrzeszczy jak aborygen na polowaniu. Ale to później.

Dobra, wracam do pakowania!

Poparzona Meduza