Masz dziecko na wyjeździe? Nie czytaj tego posta!

Na zdjęciu JJ, córka Zamoty

Wyjazdy wakacyjne – upragnione chwile wolności zarówno dla rodziców jak i dla dzieci. Kto ich nie lubi? Wymarzone, wytęsknione, wreszcie stają się realne.

Pobyt poza domem nie zawsze okazuje się dla naszego dziecka tak wspaniały jako ono i jego rodzice myśleli. Nie chcę wzbudzać paniki i zbiorowej histerii, nie chcę spędzać snu z powiek rodziców, którzy myślą, że ich dzieciom na wyjeździe jest „jak u pana Boga za piecem”, chcę tylko uczulić na pewną, małą sprawę.

Czy nasze dziecko faktycznie jest na wyjeździe szczęśliwe?

Oczywiście życzę Wam, sobie i wszystkim dzieciom, żeby ich obozy, kolonie, zielone szkoły, wycieczki, pobyty w sanatoriach itp zawsze kończyły się happy endem, ale, ale, ale zawsze pozostaje to jedno, małe cholerne ale. Swego czasu spędzałam tyle czasu poza domem, w różnego rodzaju szpitalach i sanatoriach, że jakbym się uparła to wszystko zsumować to by na spokojnie wyszło ze dwa, trzy lata.

Większość wyjazdów była super, (prawie) zawsze miałam miłe koleżanki w pokoju, nie było jakichś wybitnych rozrabiaków w grupie, a i panie były znośne. Choć wiadomo personel to już osobna bajka, lecz skupmy się na naszych dzieciach. „Za moich czasów”, które nie były jakoś extra dawno, bo jestem średnio 5-10lat młodsza od statystycznej Matki Polki, nie było telefonów komórkowych w powszechnym użytku. Jak dziecko poniżej 16 r.ż. miało telefon, to mogło się liczyć z tekstami „w dupach się poprzewracało”, „bogaty tatuś kupił” i inne takie. Klasyk. Ja telefon dostałam dopiero w gimbazie, a były już wtedy dość powszechne, ale mniejsza z tym. Teraz telefon komórkowy, z którego dziecko może nam wysłać szybkiego smsa, a następnie go skasować, to nasz sprzymierzeniec. Do czego dążę?

Przypominam, że nie zawsze wyjazd naszego dziecka będzie dla niego sielanką. Sama przeżyłam parę takich wyjazdów, gdzie nie wszystko było takie jak powinno. Co gorsza, niektóre dzieci są takie, że nie powiedzą rodzicom, że dzieje się coś niedobrego. Powodów jest wiele. Dziecko nie chce zawieść rodziców, że nie jest dostatecznie dzielne na takie wyjazdy. Nie chce żeby przyjechali i zabrali je do domu, bo wstydzi się okazać słabości. Boi się, że rodzice będą źli, że wydali pieniążki, a ono sprawia kłopoty i chce wrócić do domu, bo inne dzieci źle go traktują. Często też dziecko na siłę chcę pokazać jakie jest już duże i samodzielne i wytrzyma wszystko, byleby tylko rodzice byli dumni. Praktycznie ile dzieci tyle powodów. Do nas-rodziców należy obowiązek zorientowania się, czy u dziecka wszystko w porządku.

W żadnym razie nie popieram wydzwaniania do dziecka co kwadrans i zadawania histerycznych pytań „czy wszystko w porządku?! ale na pewno?! proszę powiedz, że jest ok!!!”. Dziecko może wyczuć co się święci i jak automat odpowiadać, że wszystko jest ok. A tymczasem nie jest ok. Przesadzam? Hello, ja przeżyłam dziewczynę, która biła i z całej siły szarpała za włosy wszystkie młodsze dziewczynki, które jej się nie chciały podporządkować. Przeżyłam widok krwi płynącej po nogach koleżanki, która była delikatnie opóźniona umysłowo, a starsze dziewczęta namówiły ją, żeby sobie wsadziła coś między nogi. Byłam świadkiem zebrań personelu, który naradzał się jak ukryć przed ordynatorem szpitala ciążę 14 letniej pacjentki, czy co zrobić z młodocianą złodziejką. Machałam w oknie koledze, który odjeżdżał z sanatorium 3 tygodnie przed czasem. Był cały posiniaczony, miał rozbitą wargę i podbite oko. Chłopcy z jego pokoju przez cały tydzień, noc w noc znęcali się nad nim. On też mówił rodzicom, że „nic mu nie jest, a wyjazd jest fajny i bardzo mu się podoba”. Machałam też koleżance, którą dzieci bezlitośnie wyśmiewały, bo…nie zgadniecie. Miała dwa palce u dłoni odrobinę mniejsze od reszty. Przezwisk nie było końca. Dzieci są okrutne. Nastolatki jeszcze gorsze. Boże uchowaj żeby nasze dzieci nigdy nie spotkały takich na swoich wyjazdach, a do Naszych zadań należy tak wychować nasze kochane potworki, żeby nigdy nie były powodem wyjazdu innych dzieci. Chyba rozumiecie co mam na myśli?

Nie mogę wychować za Was dzieci, ale mogę uczulić Was na te wszystkie wymijające odpowiedzi jak: „jest ok”, „jest fajnie”, „tak, wszystko w porządku”. Jeszcze przed wyjazdem usiądźmy z naszą pociechą i przeprowadźmy z nią rozmowę, jak z dorosłym. Jak równy z równym. Wytłumaczmy, że bardzo zależy nam na tym, aby zawsze, niezwłocznie dawało nam znać o rzeczach dziwnych, niepokojących, lub gdy czuje, że dzieje mu się krzywda lub niesprawiedliwość. Przeżyłam zbiorowe kąpiele nago, gdzie jedna pani nas mydliła, a druga spłukiwała prysznicem i nie pozwalały dzieciom myć się samodzielnie. Żadne dziecko nie protestowało, „takie są zasady” – powiedziały i koniec tematu. Nie wiedzieliśmy, że o takim czymś powinni się dowiedzieć nasi rodzice. Moi rodzice dowiedzieli się o tym wiele lat później, gdy przypomniała mi się ta sytuacja i zrozumiałam, że to nie było normalne i prawidłowe. Że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Rozmawiajmy z naszymi dziećmi, tłumaczmy, opisujmy, prośmy o ostrożność i o najważniejsze – prośmy o szczerość i odwagę! Powiedzcie mu, że to nic złego chcieć jechać do domu jeżeli jest nam źle. Porozmawiajcie o tym jak ważne jest dla Was jego szczęście. Niech dziecko zrozumie, że liczy się ono, jego komfort i poczucie bezpieczeństwa. Niech zaufa Wam na tyle, aby nie bało się poprosić „zabierzcie mnie stąd”.

Nauczmy nasze dziecko ukrywać swoje zamiary, ale jedynie przed obcymi. Jak tu powiedzieć „jest mi źle, przyjedźcie po mnie”, gdy przy telefonie stoi pan wychowawca kolonijny i groźnie stroszy brwi? Czy zahaczymy o paranoję ustalając z dzieckiem jakieś hasła? Pewnie tak, ale czy jeżeli chodzi o bezpieczeństwo naszych dzieci nie możemy sobie pozwolić na odrobinę przesady powodowej ostrożnością? Strzeżonego… Ustalmy, żeby informowało nas smsem, jeżeli boi się być podsłuchane, poprośmy, żeby bez względu na wszystko mówiło nam o wszystkich niepokojących rzeczach, które dzieją się na wyjeździe. Wytłumaczmy jakie to mogą być sytuacje, byle z wyczuciem! Nie straszcie dzieci, nie malujcie czarnych wizji. Po prostu zdroworozsądkowo usiądźcie i obgadajcie temat bezpieczeństwa i dobra Waszego dziecka.

Możecie się ze mną nie zgodzić. Powoli się do tego przyzwyczajam, że nie wszyscy rodzice są tak „zatroskani” jak ja. Ale co poradzę?
Dla mnie to nie jest syndrom Matki Kwoki – to odpowiedzialne rodzicielstwo. 

Życzę Wam i Waszym pociechom udanych, bezpiecznych wyjazdów, z których dzieci wrócą opalone, umorusane i uśmiechnięte.