Zostań wśród żywych – nie bądź zombie

Cofnijmy się na chwilę do czasów podstawówki. Moje pokolenie bardzo często pouczano w szkole o niebezpieczeństwach, jakie na nas czyhają. Uczono nas bezpiecznego przechodzenia przez jezdnię, gorąco zachęcano do wyrabiania sobie karty rowerowej, powtarzano, że palenie papierosów, branie narkotyków i picie alkoholu to szkodliwe używki, które mogą zabić. Nie uczono nas niebezpieczeństw, jakie niosą ze sobą zdobycze cywilizacji: internet, telefony komórkowe, czy tablety. Nie było ich jeszcze w tak powszechnym użytku jak teraz, dlatego były niedoceniane i nieobecne w programie nauczania. Czy w dzisiejszych czasach, gdy niemalże każde dziecko posiada telefon z dostępem do internetu, sytuacja wygląda inaczej? Czy ktokolwiek uczy najmłodszych, jak być bezpiecznym użytkownikiem smartfona? Jako kierowca, mam okazję do wielu smutnych obserwacji. Dzieci nie mają pojęcia, jak się zachować, lub zapominają nawet o najbanalniejszych zasadach bezpieczeństwa na drodze. Dlatego powstał wpis:  Zostań wśród żywych – nie bądź zombie.

Zostań wśród żywych, nie bądź zombie – skala problemu

Do pracy nie mam daleko. Samochodem przemierzam w sumie dwadzieścia kilometrów dziennie załatwiając swoje sprawy. Tylko tyle wystarcza, aby przekonać się, że wśród dzieci i młodzieży trzymających w ręku telefon, nie istnieją pojęcia takie jak: ostrożność, rozsądek i bezpieczeństwo na drodze. Nie chcę być kolejną gderliwą blogerką, ale naprawdę sytuacja wygląda źle. Nie przesadzę twierdząc, że na spotkanych dziesięciu pieszych lub rowerzystów poniżej osiemnastego roku życia, ośmioro stwarzało realne zagrożenie dla siebie i innych uczestników ruchu. Rodzicu, czy przekazując swojemu dziecku smartfon lub tablet, wytłumaczyłeś mu, choć pobieżnie, podstawowe zasady bezpiecznego korzystania z tych urządzeń?

Z życia wzięte

By nie pozostać gołosłowną przytoczę kilka przykładów, które przytrafiły mi się dosłownie na dniach. Sytuacja była już żywo i niekoniecznie miłymi słowami opisana i skomentowana na fanpage. Łatwo tracę nerwy, zwłaszcza, gdy ktoś swoją głupotą mógł stracić życie pod kołami samochodu. Mojego samochodu!
Na parkingu pod sklepem jeździła trójka chłopców. Wiek szacuję na około jedenaście lat. To już nie były dzieciaczki, tylko „poważni panowie” ze smartfonami w ręku. Pół biedy, gdyby byli pieszo, o nie! Oni woleli jeździć rowerami. Sport to zdrowie, ale…jazda na rowerze i jednoczesne trzymanie urządzenia  w ręce…i patrzenie się tylko i wyłącznie w ekran, a nie przed siebie… To nie mogło się dobrze skończyć i tak też było. Zanim umościłam się za kierownicą i odpaliłam silnik, chłopcy jeden po drugim zaliczyli mniej lub bardziej widowiskowe wypadeczki. Pierwszemu zachwiała się kierownica (trzymana jedną ręką), noga spadła mu z pedału i niemalże runął jak długi. Smartfona nie wypuścił. Brawo za refleks. Drugi tak bardzo był zagapiony w ekran, że prawie rozjechał mężczyznę idącego sobie spokojnie w stronę sklepu. Tutaj brawa dla pana za refleks, bo uskoczył na bok odpowiednio wcześnie. Trzeci z chłopców odwrócił się na moment, by krzyknąć coś do kolegi, a że odwracanie się przy trzymaniu kierowcy jedną ręką bywa kiepskim pomysłem…wtarabanił się w latarnię. Kto ją tu postawił?! 

Może nie były to wyjątkowo groźne sytuacje, ale wystarczyło, żeby któryś z samochodów stojących na parkingu ruszył z miejsca i nieszczęście gotowe. Chłopcy zupełnie nie zwracali uwagi na to, co dzieje się dookoła. Ten który nieomal wjechał w pieszego, był równie zdziwiony co mężczyzna. Zupełnie go nie widział. Interesowało go wyłącznie urządzenie trzymane w ręku. Chłopcze, nie bądź zombie, zostań wśród żywych!

Przykład drugi

Jadę sobie wiaduktem, równolegle do mnie, po mojej prawej jedzie nastolatek. Rowerem, po chodniku, ze słuchawkami na uszach, ale nie moja sprawa. Z dwojga złego lepiej, że jedzie „na głuchego” po chodniku, niżby miał lawirować między samochodami – pomyślałam. Cóż, chyba w złą godzinę pomyślałam! Dosłownie kilkanaście metrów dalej niemalże bez hamowania, bez odwracania się do tyłu, by sprawdzić, czy coś nie jedzie, bez zasygnalizowania manewru ręką, chłopak wjechał mi na przejście dla pieszych. Przed samiuteńką maską! Jeszcze raz pobłogosławiłam w myślach mojego mechanika, który przekonał mnie do droższych hamulców. Argument miał doskonały „chce pani hamulce tanie, czy bezpieczne?”. Co najmniej raz w tygodniu nierozważni ludzie pokazują mi, co miał na myśli! Wybrałam dobrze. Zdążyłam wyhamować. Głupek w słuchawkach odjechał w siną dal, nawet nie wiedząc, że zatańczył ze śmiercią.
Jazda na rowerze ze słuchawkami na uszach i nie kontrolowanie sytuacji na drodze, są domeną nie tylko dzieci i nastolatków. Wystarczy przejechać się po mieście w godzinach szczytu, żeby spotkać przynajmniej kilku kamikadze, spieszących się do pracy, lecz niekoniecznie myślących o swoim bezpieczeństwie na drodze.

Przykład trzeci, lecz niestety nie ostatni w mej pamięci

Środek zimy. Wracam z Dobrzenia do Opola. Na ulicach ciemno, prószy śnieg, droga jest mokra i śliska. Latarnie próbują nieco oświetlić mi drogę, lecz ich blask odbija się od mokrej nawierzchni jeszcze bardziej rozmazując widoczność. Wycieraczki bujają się tam i z powrotem. Jadę poza terenem zabudowanym, teoretycznie mogę się rozpędzić, ale coś czuję, że to nie jest najlepszy pomysł i przecież nie jadę sama. Na tylnym siedzeniu, w foteliku siedzi najdroższa mi istota – mój syn. Jest ciemno. Latarni w tym miejscu, jak na lekarstwo. Nagle kilkadziesiąt metrów przede mną widzę blade światełko. Depczę po hamulcu, jestem blisko, coraz bliżej, za blisko! Zdążyliśmy. Zatrzymaliśmy się dosłownie dwa metry od chłopaka, który wszedł na drogę w nieoświetlonym miejscu, na totalnym odludziu. Z niewiadomych mi powodów, chciał przejść na drugą stronę. Oderwał wzrok od smartfona dopiero, gdy w nerwach zatrąbiłam na niego. Nie wiedział, co się właśnie stało. Nie miał pojęcia, co mogło się stać, zbyt pochłonięty wirtualnym światem. Zerknęłam w tylne lusterko, syn miał oczy rozszerzone ze strachu, nie jest przyzwyczajony do tak nagłego hamowania. Na szczęście nie pisnął ani słowa. Instynktownie wiedział, że w takich sytuacjach nie można rozpraszać mamy. Był mądrzejszy od wyrostka na drodze, który jakby nigdy nic wsadził nos w telefon i poszedł dalej. Bądź zdrów chłopie, zostań wśród żywych, cześć!

Zostań wśród żywych – nie bądź zombie

Gdy dawałeś swojemu dziecku telefon, myślałeś, że robisz to dla jego bezpieczeństwa. Telefon miał Wam ułatwić kontakt w nagłych wypadkach, pomóc w lokalizacji dziecka, lub przywołać je do domu. Niewielu rodziców pamięta o tym, że dzieci są na tyle nieprzewidywalne i beztroskie, że każde z nich mogło zostać bohaterem mojego wpisu. A jednak, czyjeś dzieci jeździły po parkingu ze smartfonami w rękach. Czyjeś dziecko w słuchawkach wjechało mi przed maskę. Czyjś syn wtargnął mi na jezdnię w niedozwolonym i słabo oświetlonym miejscu. Kogo to były dzieci jak nie „nasze”?

Jaką masz pewność, że twoje dziecko wie, że lepiej oderwać się od ekranu przed wejściem na pasy? Że powinno się rozglądać i sygnalizować swoje manewry? Że powinno dbać nie tylko o bezpieczeństwo swoje, ale i pozostałych uczestników ruchu? I nie mam tu wyłącznie na myśli kierowców samochodów. Nic mi się nie stanie, gdy twoje dziecko zapatrzone w telefon znów wjedzie mi pod maskę. Uszkodzę sobie zderzak, ale czy twoje dziecko wyjdzie z tego bez szwanku? Gdy wjedzie w witrynę sklepu, w pieszego, w psa, w inne dziecko, kto poniesie za to odpowiedzialność? Ty rodzicu!

Poświęć dziś proszę kilka minut i porozmawiaj ze swoją pociechą na temat bezpiecznego użytkowania sprzętu elektronicznego. Niech wiadomość, którą właśnie pisze przechodząc przez ulicę, nie była jego ostatnią.

Synu, córko – zostań wśród żywych – nie bądź zombie!

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, udostępnij go proszę dalej. Sprawisz mi tym radość. Dziękuję!
Odwiedziłeś już fanpage Pani Miniaturowa na facebooku?