Pokłóćmy się o pieniądze albo inne bzdury

Wiele razy myślałam sobie, że po rozstaniu to nie następuje już nic więcej tylko niekończące się szczęście i sielanka. Racja, było i jest fajnie, bo to była moja najlepsza decyzja w życiu. Nigdy nie będę jej żałowała. Ale jaka ja głupia byłam, gdy myślałam, że to koniec moich problemów z jegomościem. Wiele par żre się o domy, samochody, a nawet urlop, gdy jeszcze są ze sobą i bardzo się kochają, a takie rozstanie to już w ogóle jest jak rzucenie żelaznej rękawicy pod nogi naszego rywala i okrzyk bojowy „pokłóćmy się o pieniądze, albo o jakieś bzdury!”.

Rozstanie nie zawsze jest końcem twoich problemów. Czasami jest ich początkiem…

Ale ja słodka byłam myśląc, że nic takiego się nie wydarzy. Sądziłam, że wreszcie koniec moich problemów. Haha bardzo śmieszne. Poważnie, co ja miałam w głowie? Że nieogarnięta jednostka nagle zacznie ogarniać i będzie doskonale wywiązywać się ze swoich porozstaniowych obowiązków przynależnych do każdego samca, któremu udało się przedłużyć linię rodu? Czasem sama siebie pytam, w imię czego zdecydowałam się dalej pokazywać dziecko jego ojcu? Aaa tak… w imię bycia dobrą mamą, dobrym człowiekiem i tego, że jestem zdania, iż „dziecko powinno mieć kontakt z ojcem”. Świetnie. Bomba. Już słyszę anielskie chóry. Taka jestem święta z tego powodu, że kilka razy w roku musi mnie jasny szlag trafić dogadując się z dawcą genów, który raz na jakiś czas przypomina sobie, że posiada dziecko. Łu hu, zaznaczmy ten dzień w kalendarzu. Mamy sierpień…widzieli się kilka razy w tym roku (tak wiem, niektóre dzieci nawet tego nie mają). Za każdym razem tylko dzięki mnie.

 

Nie cierpię, gdy ktoś ma problem z tym, że umożliwiam dziecku spotkania z jego tatą. Czemu to robię?

Bo próbowano mnie wychować na dobrego człowieka i stawiam szeroko rozumiane dobro mojego dziecka nad tym, że nie mam ochoty oglądać jego ojca. Ale jestem ponad to. Rozstałam się ja – nie moje dziecko. Kontakty umożliwiam. Nawet za każdym razem sama wożę, bo w XXI wieku wciąż jeszcze istnieją samce bez prawa jazdy. Poważnie istnieją! Są jak magiczne artefakty, tylko jakiś elf o nich czasem wspomni i tym razem elfem jestem ja. I wróżką, bo spełniam każde życzenie ojca dekady, by przywieźć mu dziecko. Choć jak widzę „jutro przywieź mi młodego” to dla mnie brzmi jak „pokłóćmy się, bo mam w nosie, czy czegoś nie zaplanowałaś”. Teraz na przykład powinnam zrezygnować z badań krwi i tomografii komputerowej, bo przecież tatuś się stęsknił po półtoramiesięcznej przerwie… I czarodziejką w sumie też jestem, bo nawet jak nie miałam kasy na paliwo, ba! Nawet gdy miałam zepsuty samochód, to potrafiłam mu dziecko przywieźć. Dorosły jeszcze nie wpadł na pomysł, by mi za to podziękować. Czy kiedyś zrobi to dziecko? Nie musi. Robię to dla niego.

 

Pokłóćmy się o pieniądze!

Wiecie, że ateizm u niektórych osób może być sinusoidą? Jeśli nie wiecie, jak ona wygląda, to taka falowana linia, wężyk, który raz idzie w górę, a raz spada w dół i tak w kółko. Na przykład okazało się, że pan jegomość wręcz za niezbędne uważał ochrzcić dziecko, mimo, że kościoła unikał jak, nomen omen, diabeł święconej wody… Tak Komunia jest już okryta pewnym tabu. Za każdym razem, gdy proszę o listę gości ze strony tatulka, dostaję widełki o różnicy pojemności porównywalnej do różnicy pojemności między trybunami na wsiowym boisku a warsiawskim stadionem narodowym. Gdy przebąknęłam gdzie planuję zrobić Komunię (Kilkaset metrów od domu moich rodziców, kilkaset metrów od kościoła gdzie będzie uroczystość i niecały kilometr od naszego domu) dowiedziałam się, że wybrałam to miejsce na złość, bo jest drogie. O tak, to dobry wstęp do „pokłóćmy się o pieniądze!”. A to, że w całym mieście ceny różnią się o max 10-20zł to nie ważne. Bo ja jestem wredna, zła i złośliwa. Wiadomo. Każdy to wie. Pewnie bliskość lokalu i to, że cała nasza rodzina regularnie świętuje tam wszelkiego rodzaju urodziny, chrzciny i roczki nie miała tutaj nic do rzeczy.

 

Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale…

Wkurza mnie, że to ode mnie będzie się wymagać, żeby skład osobowy był taki, jak sobie wszyscy wymarzyli. Na mnie będzie ciążyć obowiązek zaplanowania i zorganizowania całej uroczystości. I jak coś pójdzie nie tak, to na mnie spadną gromy. Ale wiecie co? Biorę to na klatę i wszystko zrobię po mojemu i na moich zasadach. Jeżeli to ja mam sobie wypruwać flaki, rujnować resztki zdrowia i nerwów na to wszystko, a na dodatek sama mam za to zapłacić, to będzie jak mi się podoba. Ponieważ jestem z tym wszystkim sama. I Was dziewczyny gorąco namawiam, jeżeli jesteście w podobnej sytuacji chrzańcie „bo tak wypada”, „bo rodzice mi kazali”, „bo co ludzie powiedzą”. Nie traćcie czasu na kłótnie i jałowe dyskusje. Jeżeli nikt Wam nie pomaga, jesteście zdane tylko na siebie nie tylko organizacyjnie, ale i finansowo – chrzańcie cudze koncerty życzeń! Zadowolone ma być Wasze dziecko i Wy. Reszta to, przepraszam bardzo, miły dodatek. 

Chcesz być samodzielna i niezależna to bądź. To prostsze niż myślisz.

 

Odwiedź fanpage Pani Miniaturowa i dołącz do grona silnych, fajnych babeczek 🙂

(Wizyt 690 times, 1 wizyt dzisiaj)