Mieszkanie do wynajęcia – lokatorka do wzięcia

Znaleźć wymarzone mieszkanie do wynajęcia nie jest łatwo. Zawsze jest coś nie tak. A to cena za wysoka, a to lokalizacja zmuszająca nas do podróżowania trzema autobusami, by móc w ogóle dotrzeć do pracy, że o podejrzanym towarzystwie za sąsiadów nie wspomnę. Choć tacy-dziwacy to mogą się nam trafić nawet w dzielnicy willowej. True story. Szukając idealnego lokum trzeba uzbroić się w cierpliwość. A najlepiej to wygrać w totka i wybudować swój własny dom.

Całe życie mieszkałam w domku z ogródkiem, lecz gdy poznałam Ojca Dekady logicznym było, że po jakimś czasie, chcieliśmy zamieszkać razem. Ot, para zboczeńców. Miłość. Bliskość. Wspólna przyszłość i inne takie bzdury. Fuj 😉 

Wkrótce okazało się , że aby wynająć mieszkanie w naszym mieście (Opole) trzeba być co najmniej bogaczem. Lub rozwiązłą kobietą o wyglądzie modelki…

Mieszkanie do wynajęcia – lokatorka do wzięcia

Doskonale rozumiem osoby, które próbowały znaleźć odpowiednich lokatorów, lecz dla nas, z perspektywy potencjalnych wynajmujących, były to wyjątkowo gorzkie wspomnienia. Często byliśmy po prostu upokarzani, ale kogo to obchodzi? Business is business. Ktoś daje mieszkanie, ktoś daje hajsy/ewentualnie dupy i wszyscy powinni być zadowoleni. Ale nie zawsze. Zwłaszcza gdy jesteś w grupie przegrywów. 

Szukaliśmy mieszkania, a wreszcie choćby pokoiku do wynajęcia, przez kilka tygodni, bo napisać miesięcy to jak dać sobie rzucić błotem w twarz i przyznać się do porażki. Ale tak, szukaliśmy cholernego mieszkania dla siebie ponad pół roku. Możesz rzucić gównem. Napisać pogardliwy komentarz, że tylko życiowe złamasy nie radzą sobie z szukaniem mieszkania. Pewnie gdybyśmy mieli lepszą sytuacją materialną, nie traktowano by nas w taki sposób, a obietnice, dawane nam przez właścicieli, nie byłyby łamane z taką łatwością…

Wydzwanialiśmy, chodziliśmy, szukaliśmy, pytaliśmy. Od samego rana, gdy tylko kupiłam gazetę z ogłoszeniami nieruchomości. Od 8-9 rano. Późno? Pewnie tak, bo o 8:15 najczęściej najatrakcyjniejsze oferty były już zajęte lub zarezerwowane. Ogłoszenia w internecie znałam już na pamieć.

Umawiano się z nami na oglądanie mieszkania, po czym na miejscu okazywało się, że jesteśmy na targu niewolników. Jesteśmy przedmiotami, które nasz przyszły właściciel chce sobie obejrzeć. Kto jest godzien zamieszkania w starej kamienicy, w mieszkaniu, do którego wchodzi się po koślawych, drewnianych schodach, na widok których miałam ochotę puścić pawia ze strachu. Z kiblem za zasłonką w kuchni i widokiem na obsrane przez psy podwórko, a kto nie. Ciekawskim opolanom mogę powiedzieć, że jest niedaleko nowego urzędu skarbowego. 

To był casting. Byliśmy tam i my. Dwaj studenci w spodniach rurkach, samotna matka o poszarzałej twarzy, Ojciec Dekady o wyglądzie podstarzałego metalowca, w swoich glanach i koszulce w czachy i ja, z wyglądu smarkula, która uciekła z domu, by szwendać się po kraju z jakimś pedofilem. Istny dream team – właściciel mieszkania miał z czego wybierać. Nas-pewnie-meneli i matkę-pewnie-ćpunkę wyrzucił bez słowa. Ani „dzień dobry”, ani „zapraszam do środka”. Nie wpisaliśmy się w obraz idealnego lokatora. Jego mieszkanie, jego prawo. Mógł tylko postawić tabliczkę przed drzwiami „z brzydkim ryjem nie wpuszczamy”, to byśmy się ekstra nie fatygowali po tych skrzypiących schodach.

Takich sytuacji mieliśmy wiele. Castingi. Oglądanie nas jak zwierzęta. Bez słowa. Bez wysilania się na zwroty grzecznościowe. By wreszcie wziąć najładniejszą kobietę. Prawo właściciela. Wymagałam jedynie odrobiny kultury. Nic więcej. Lecz najgorsze były sytuacje, gdy zapraszano nas, z pełnią radości, że ktoś chce wynająć mieszkanko. Umawialiśmy się: „to bądźcie proszę za 2 godzinki u mnie”. Dostawaliśmy adres i drugi numer telefonu na wszelki wypadek. Jechaliśmy na miejsce trzema autobusami, wydaliśmy kasę na bilety, by odbić się od drzwi. Nikt nie otworzył. Telefonu nikt nie odbierał. A przecież mógł odebrać i powiedzieć „spierdalaj”. Nie spóźnilibyśmy się wtedy na autobus powrotny.

Dziwne, a nawet dowcipne sytuacje też się zdarzały. Na przykład ta. Będąc na Wyspie Bolko, dowiedzieliśmy się, że jest fajne mieszkanko do wynajęcia na ul. Oleskiej. Stwierdziłam, że przecież ul. Oleska jest blisko centrum, więc możemy pójść pieszo. I poszliśmy. Gdy dotarliśmy do niej, okazało się, że przecież numer domu, w którym było to mieszkanie jest dość spory, musimy więc iść jeszcze dalej. Uznaliśmy, że skoro w tej okolicy jest dużo kamienic i budynków blokopodobnych, to nasz upragniony numer będzie lada moment. I poszliśmy z buta.

I szliśmy. Szliśmy. Szliśmy. I dalej szliśmy. Szliśmy. Szliśmy. Byłam wtedy młodziutką dziewczyną, nie wiedziałam, że ta ulica jest AŻ TAK DŁUGA : ) Mimo wszystko pełzliśmy sobie z Ojcem Dekady, na drugi koniec miasta w skwarze i upale, rozmawiając i dowcipkując. Śmiechom nie było końca. Zwłaszcza, gdy doczłapaliśmy do budynku, gdzie jakiś cudotwórca dizajnu zawiesił sztuczny łeb konia. Byłam już strasznie zmęczona tym spacerem. Musiało mi też nieźle przysmażyć w łeb, bo przystanęłam, popatrzyłam na tę wspaniałą dekorację i wymamrotałam z zachwytem:
– Ojej, pacz, kooooooootek!

Ojciec Dekady wybałuszył oczy, spojrzał na łeb czegoś, co ewidentnie było KONIEM, spojrzał na mnie, znów na KONIA i gruchnął takim śmiechem, że o mało jego moc nie powyrywała płyt chodnikowych z podłoża. Widząc ten dziki napad śmiechu oprzytomniałam nieco i zapytałam:
– Czy ja powiedziałam KOŃ czy KOTEK?
Co do cna zburzyło wszelkie złudzenia Ojca Dekady, o tym, że jestem chociaż troszkę normalna…
Przez kolejne cztery lata za każdym razem, gdy widzieliśmy konia na żywo bądź w telewizji, Ojciec Dekady mówił „ojeeej, pacz, KOOOOOTEK!” : )

Na miejscu okazało się, że szliśmy na marne, bo mieszkanie jest ohydnie obdrapane, zagrzybione, okna są drewniane i niektóre mają wybite szybki, a za łazienkę służy wanna postawiona na samym środku dużego pokoju, bo nie wiem ile musiałabym ćpać, aby nazwać to obskurne lokum SALONEM… Mówię wam, dramat w trzech aktach.

Innym razem już prawie wynajęto nam mieszkanie, lecz w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy, gdy otrzymaliśmy listę zadań, co powinniśmy zrobić. Przede wszystkim – kiedy ślub kościelny? (wuj tam z cywilnym, kiedy kościelny?!). Wścibska właścicielka kazała też sobie odpowiedzieć kim są nasi rodzice, bo ona nie toleruje ludzi, którzy wzbogacili się na cudzej krzywdzie, co wzbudziło moją ogólną wesołość, wszak policja i nauczyciele to jedne z najbardziej znienawidzonych zawodów, w tym kraju, zaraz po politykach i dyrektorach : )  Jakoś to przebrnęliśmy, lecz miarka się przebrała, gdy właścicielka próbowała nas zobligować do palenia w piecu SĄSIADCE, oraz dała delikatnie do zrozumienia, że powinniśmy bardzo często odwiedzać panią zza ściany, ponieważ to szlachcianka, była właścicielka zamku w M. i należy ją zabawiać rozmową! Także ten. Nie byłam jedyną wariatką w tym towarzystwie…

Nasze, niemiłe, by nie napisać wprost: „ujowe” perypetie z szukaniem mieszkania, stały się głównym tematem rozmów. Jak widzicie, do dziś to wspominam, a i moi znajomi mogą się pochwalić różnymi lokatorskimi smaczkami. Nie zgadniecie jakie wymagania postawiono przed moimi znajomymi.
– Proszę powiedzieć dzieciom, że w tym domu nie wolno brać narkotyków.
– Kiedy planuje pani powiesić firanki?! Mam nadzieję, że prędko…bo to tak nie wypada bez!
– Proszę nie strzelać do zwierząt z okien.
I inne takie. Ludzie są „boscy”.

A teraz pytanie do Was. Czy każdy właściciel, mieszkania Wielki Pan, to musi być taki skończony cham? Bo ja, mając styczność z ponad trzydziestką wynajmujących, już na stałe wyrobiłam sobie o nich opinię. Wiem, że gdzieś na tym świecie istnieją jeszcze sympatyczni, kulturalni właściciele mieszkań, którzy nie traktują potencjalnych lokatorów jak śmieci, ale nigdy żadnego nie spotkałam…

Pozdrawiam, Pani Miniaturowa, która już dawno znalazła swoje miejsce na ziemi.

Skip to content