Macierzyństwo to (nie)ściema – Poruszający list mojej Czytelniczki

Są historie, nad którymi nie da się, ot tak, przejść do porządku dziennego. Pod koniec lektury miałam wielką gulę w gardle i dręczącą me myśli prośbę do autorki tego listu: proszę zdecyduj się kiedyś na ten skarb – macierzyństwo. Myślę, że naprawdę bardzo, bardzo Ci go w życiu brakuje.

Macierzyństwo to (nie)ściema

„Moja mama wychowała się w typowym śląskim domu, gdzie obiad zawsze był o tej samej porze i dzieci nie odchodziły od stołu, dopóki wszystko nie zostało zjedzone. Dziadek zaczął pracę na kopalni w wieku 16 lat. Miał niesprawną, bezwładną rękę, ale wybłagał u dyrektora kopalni etat elektryka, co wspominał przy każdym rodzinnym świętowaniu. Oczywiście świętowaliśmy zawsze przy tak samo zastawionym stole, nikt nie eksperymentował z kuchnią.

Mama nigdy nie poruszała tematów, które jej ojciec uznałby jako tabu. To tata czytał ze mną książkę o tym, skąd się biorą dzieci i tłumaczył, co to są plemniki. Książka była z czasów PRL, więc łatwo domyślić się, jak wyglądały ilustracje. Pamiętam jedną z nich – kanapa, na kanapie pani z rozłożonymi nogami, na niej pan, któremu spomiędzy nóg wystawały takie dwie kulki, to było ujęcie od tyłu. A przy kanapie siedział pies, który jakby próbował coś spod niej wydobyć. Dużo czasu spędzałam na dworze z kolegami i koleżankami. Na dworze, nie podwórku, bo hasaliśmy po budowie, kiedy pracownicy mieli już fajrant i po torach kolejowych, zimą zrywaliśmy sople z rynien garażów i próbowaliśmy robić witraże. Braliśmy plastikowe miski, wlewaliśmy wodę, do której dodawaliśmy akwarele i zostawialiśmy na noc na balkonach, żeby później mieć lodowe szybki do igloo. Jedna z tych koleżanek kiedyś przyniosła gazetę dla dorosłych, którą znalazła w domu. Zastanawiałam się wtedy, czy seks wygląda tak jak w tej książce, że pies spod kanapy próbuje coś wyjąć, czy tak jak w tej gazecie, gdzie panie nie mają włosów między nogami. No i po co wkładają sobie te frędzle do buzi, skoro plemniki mają trafić w inne miejsce?

Mama zawsze była zbieraczką, zbieraczką wszystkiego. Kiedyś grzebałam w jednej z szafek i znalazłam bilety autobusowe, na których pisało Magdalena Zawadzka. Zapytałam mamę, czyje to bilety, bo przecież mama nazywa się Magdalena Beksińska. Mama powiedziała, że miała taką koleżankę Magdę, z którą kupowały bilet na spółkę, bo miały to samo imię – żeby było taniej. Uwierzyłam, bo nie znałam się na biletach. Skończyło się, kiedy pewnego dnia zeszłam do taty, który grzebał coś w piwnicy. Tam też była masa niepotrzebnych rzeczy, które składowała mama. Znalazłam plecak, a w nim były zeszyty. Zeszyty jakiejś Karoliny Zawadzkiej. Karolina to moja siostra, ale przecież nie Zawadzka, tylko Beksińska. Znowu zapytałam mamę… i powiedziała mi wreszcie, w asyście ojca, prawdę. Karolina była córką mamy z pierwszego małżeństwa, a mój tata po prostu ją zaadoptował, kiedy ożenił się z mamą. Rozpłakałam się i powiedziałam „To dlatego Karolina mnie nie kocha”. Była 10 lat starsza ode mnie i miała inne plany będąc nastolatką, niż pilnowanie mnie. Czasem miała mnie dość, a ja odczuwałam to inaczej – że mnie nie kocha i nie lubi.

Miałam 8 lat, kiedy Karolina zaczęła spotykać się z Robertem. Opowiadała rodzicom, że odwiedzają jego mamę i oglądają razem telewizję, że Robert skończył technikum i jest dekarzem. Kiedy przez dwa dni nie było z nią kontaktu, zaczęliśmy jej szukać. Udało się dotrzeć do mamy Roberta. Jak się okazało, w jej mieszkaniu nie było prądu. Wspólne oglądanie TV było kłamstwem. Ojciec, którego też rzekomo odwiedzali, nie żył od ładnych paru lat. Karolina cały czas kłamała. Finalnie wyszło na jaw, że uciekła z domu, bo była w ciąży. Nie wiem, jakie miała plany, ale rodzice wzięli sprawy w swoje ręce… a dziadek zadeklarował, że odstąpi młodym mieszkanie, jeśli będzie mógł zamieszkać z nami. Tak też było.

Ślub, pierwszy wnuk moich rodziców w styczniu kolejnego roku, masa problemów i niedopowiedzeń, ale jakoś kleiło się to w całość. Dziadek mieszkał z nami i już o 6:00 rano wyprowadzał psa, potem czytał „Detektywa” i ciągle poprawiał włosie na krawędzi dywanu, kiedy tylko coś się przesunęło.

Jakiś rok później. Karolina przyszła nas odwiedzić, usiadła z mamą w kuchni. Pamiętam, że obie paliły papierosy. Karolina wyglądała na zmęczoną, była wychudzona i niezadbana. Widać było jednak, że spodnie, które ma na sobie, są za ciasne. Na brzuchu. Nie potrafiła dopiąć rozporka. Mama to szybko zauważyła i zapytała. Kiedy usłyszała, że drugi raz zostanie babcią, rzuciła w złości: „I co mam ci kurwa pogratulować? Powiedzieć, że się cieszę?!”. Zapamiętałam to, będę pamiętać do końca życia, bo to jedno zdanie wpłynęło na mnie, jak żadne inne.

Trochę jeszcze walczyli z Robertem, kiedy urodził się drugi młody. Alkohol, ciągły brak pieniędzy, kłótnie i awantury, to wszystko sprawiło, że w końcu się rozstali. Robert zabrał starszego, młodszy został z Karoliną. Nie na długo. Obaj trafili do domu dziecka, z którego po pewnym czasie zabrała ich matka Roberta, która wyszła na prostą i miała już prąd. Karolina nigdy ich nie odwiedziła, ani w domu dziecka, ani u byłej teściowej. Związała się z kolejnym palantem, ale zaczęła stosować antykoncepcję. Nie, nie – nie chodzi do ginekologa. Daje w łapę lekarzowi pierwszego kontaktu, żeby wypisywał jej receptę na tabletki.

Dziś Karolina ma 38, a ja mam 28 lat. Odkąd pamiętam, zawsze mówiłam, że nie chcę mieć dzieci. Bo to nie ma z czego się cieszyć i nie ma czego gratulować, jak usłyszałam kiedyś od mamy. O ile kiedyś była to prawda, o ile kiedyś „Macierzyństwo to ściema” Chylińskiej było moim artykułem numer jeden, teraz… właściwie żałuję, że nigdy nie będę mamą. Oglądam reklamę kawy Prima, gdzie syn podaje ojcu filiżankę i jest mi przykro. Może jednak byłabym dobrą mamą? Może miałabym śliczną córkę, albo uroczego syna? Może chciałoby mi się bardziej, bo miałabym dla kogo się starać? Jestem ze swoim partnerem, najcudowniejszym mężczyzną, jakiego mogłabym sobie wymarzyć, od 10 lat. On lubi dzieci i dzieci lubią jego, ale pogodził się z tym, że nigdy nie zostanie ojcem. Bo ja ciągle mu powtarzałam, że nie chcę mieć dzieci i nie będę ich mieć. Jestem z tych, którzy nie potrafią przyznać się do błędu, którzy nie zmieniają zdania. Jestem samotnikiem, może nawet odludkiem, nikogo właściwie nie interesuje moje życie – poza naszą rodziną, moją i mojego mężczyzny. Dam głowę, że od wszystkich usłyszałabym „A widzisz, jednak zmieniłaś zdanie” – i poklepaliby mnie życzliwie po plecach, gdybym powiedziała, że spodziewam się dziecka. Ale ja, JA, ja nie umiem sama przed sobą zmienić zdania i przyznać się, że instynkt macierzyński ostatnio daje mi w kość, że mijając mamy, które prowadzą za malutką rączkę swoje pociechy, czuję zazdrość.

Wyobrażam sobie, jak kupowałabym maleństwu pierwsze buciki i jak bujałoby się na koniku na biegunach przy piosenkach Queen, jak ja kiedyś. Jak pierwszy raz zobaczyłoby morze i stawiało babki z piasku. Zabrałabym je w Pieniny, żeby zobaczyło Trzy Korony, i w Góry Stołowe, żeby zobaczyło Szczeliniec Wielki. Pokazałabym uroki Kołobrzegu i jak fascynująca jest stocznia w Gdańsku, ile bursztynów jest na Długim Targu w sezonie i jak idealny jest klif w Gdyni-Orłowo. Byłyby wakacje w Borach Tucholskich i pływanie wiosłową łódką. Czytalibyśmy razem książki. Słuchalibyśmy kolęd w Boże Narodzenie. Byśmy. Byśmy.”

Macierzyństwo, czasem źródło bólu i cierpienia, ale i radości i poczucia spełnienia najskrytszych marzeń. W obliczu pewnych wydarzeń oraz różnych doświadczeń naszych bliskich, czasem bardzo trudno się na nie zdecydować. W końcu „macierzyństwo to nie ściema”. Bo rodzicami musimy być „na serio”. Na zawsze.


Autorka listu „Macierzyństwo to (nie)ściema” pragnie zachować anonimowość, ale wiem, że z pewnością przeczyta wszystkie Wasze komentarze, zarówno na fanpage Pani Miniaturowa, jak i tutaj na blogu. Przekażcie Jej proszę dużo pozytywnej energii i wsparcia, bo to naprawdę bardzo mądra, dobra i wyrozumiała kobieta.

Czy szczęśliwe macierzyństwo jest pisane autorce? Mam wielką nadzieję, że tak.
Pozdrawiam gorąco!