Monitoring – i jest afera

Witaj w Polsce. Rzuć tylko hasło „zakładamy monitoring” i jest afera. Zwłaszcza w zakładach pracy, na basenie itp. Nikt nie lubi być podglądany, zwłaszcza tam, gdzie się tego nie spodziewał. Jednak często doskonale wiemy kiedy i gdzie jesteśmy obserwowani i raz nam to przeszkadza, a raz nie. Dlaczego? Ano część z nas tak samo jak prawdy o sobie, nie lubi, gdy na jaw wychodzą ich małe grzeszki. Prawda w oczy kole, tym bardziej, gdy kończy się nieprzyjemnymi konsekwencjami, np. mandatem. Niewinni ludzie, z czystym sumieniem, raczej nie mają się czego obawiać, więc po co robić awanturę o monitoring „na zapas”?

Samodzielnie chętnie wystawiamy naszą prywatność na widok publiczny na Facebooku, Instagramie, Snapchacie, dzielimy się każdą myślą na Twitterze, zakładamy blogi, strony, profile w google+, więc co za różnica jeszcze jedno, dodatkowe „bycie na widelcu?”. Tyle, że pod postacią kamer miejskiego monitoringu. Bo nie możemy kontrolować, które nasze działania będą pokazane światu i tu nas(was) boli. A chyba wystarczy przestrzegać pewnych norm, praw i wszystko powinno być w porządku. Niezwykle rzadko ma się problemy „za niewinność”. Albo ja tu czegoś nie ogarniam. Może żyję sobie nieuświadomiona w jakiejś utopii, wszystko jest możliwe.

Zgadzam się, że instalowanie kamer w toaletach, czy sklepowych przymierzalniach, byłoby źródłem wielu nadużyć i uciechy dla zboków, którzy mieliby dostęp do tych nagrań, ale co nam szkodzi miejski monitoring, kamery w autobusie, czy w sklepie? Albo…o mój borze i lesie, teraz to zostanę pożarta żywcem – w przedszkolach, szkołach? Od dawna uważam, że w każdym miejscu gdzie obcy ludzie zajmują się naszymi dziećmi – zwłaszcza w żłobkach! – obowiązkowo powinien być monitoring. Tyle przykrych wiadomości było swego czasu w TV o bitych maluszkach, przywiązywanych do łóżeczek, rozbieranych za karę, lub trzymanych godzinami na nocniku, bo „ciociom” nie chciało się ich pilnować. Kamery skutecznie zapobiegałyby takim sytuacjom. Może i jest to zło, ale w wielu przypadkach zło konieczne. I moim zdaniem przydatne. Choćby ze względów bezpieczeństwa!

Może wszędobylski monitoring zacznie mi przeszkadzać dopiero, gdy zupełnie przez przypadek zrobię jakąś głupią rzecz. Która dopiero parę tygodni później okaże się złamaniem jakichś przepisów. Chociaż wątpię żebym się wtedy wściekała na kamery. Prędzej byłabym zła na samą siebie, że coś takiego zrobiłam z głupoty, roztargnienia, zmęczenia. Staram się trzeźwo myśleć i być świadomą tego, że jak się coś przeskrobało, to należy ponieść tego konsekwencję, a nigdy nie miałam z tym większych problemów. To jak z parkowaniem w centrum miasta, każdy wie, że trzeba kupić bilet, a mimo wszystko sporo osób ich nie kupuje. Co śmieszniejsze – później są wściekli, że dostali mandat. Ja się pytam czemu? Przecież wiedziałeś, że tu trzeba zapłacić, więc o co jest afera? To jak dziecko, które gmera patykiem w mrowisku, mówisz mu, że nie wolno, a ono dalej grzebie. A chwilę później krzyczy, że je mrówki oblazły…

Jesteśmy dorosłymi ludźmi, nie wygłupiajmy się z tym piekleniem na kamery, jak gdyby robiły nam wielką krzywdę, bo choć bywają uciążliwe, a świadomość, że ktoś nas obserwuje – stresująca, to w ostatecznym rozrachunku, myślę, że wszyscy wychodzimy na plus. Monitoring tak – byle w rozsądnych miejscach, w trosce o dobro obywateli.

Napisz w komentarzu, w jakich dziwnych miejscach spotkałaś się z kamerami?


Polub fanpage Pani Miniaturowa na facebooku!