Dziecko mówi nie i nagle wszystkim odwala

Mam problem. Już trzeci dzień piszę dla Was wpis, docieram do połowy… i kasuję. Nie wiem, jak ubrać swoje myśli, bo po dziurki w uszach mam ludzi, którzy w ramach poprawności politycznej każą mi rozpatrywać wszystkie możliwe przypadki jakie mogły się wydarzyć we wszechświecie oraz w alternatywnej rzeczywistości. Nieudolnie przekaże Wam więc, że uważam za bardzo nielogiczne zachowanie dorosłych, którzy chcą wychować swoje pociechy na asertywnych ludzi, ale gdy dziecko mówi nie, to wpadają w złość.

Mam w nosie obiektywizm, bo miniaturowa.pl nie jest gazetą tylko blogiem! Tutaj panuje, a wręcz musi panować, subiektywizm. Blog osobisty = moje przemyślenia, a nie jakieś powtarzanie banałów, z którymi zgadzają się wszyscy. I to jest ten moment, co ktoś super poprawny politycznie dowali mi komentarz, że nie wszyscy, bo przecież musi być wyjątek potwierdzający regułę. Ja pierniczę, wiem, ale nie muszę o tym pisać, bo zakładam, że czytają mnie inteligentni, błyskotliwi ludzie, którzy chwytają kiedy jestem poważna, a kiedy ciapię szyderą, sarkazmem i ironią ostrą jak przydrożna trawa.

 

Co ta Miniaturowa znowu bredzi?
 

Przejdźmy do sedna mojego kwilenia. Kilka dni temu mieliśmy organizowane szkolenia z asertywności. Choć dowcipkowałam, że wejdę na salę, krzyknę gromkie „NIiiiii!” i od razu dostanę maksimum punktów na teście, to jednak jakąś tam wiedzę wyniosłam. Ale nie tylko wiedzę, bo i przeświadczenie, że ludzie to jednak są głuptasami. Czemu? Ponieważ dorośli z reguły chcą być asertywni, a co najważniejsze, chcą żeby ich dzieci też były asertywne. Lecz z kolei jak one wykazują się asertywnością, to dorośli mają focha i nagle już im się to przestaje podobać.

Chyba, że…

Niektórym nie chce się dyskutować z dziećmi za pomocą racjonalnych argumentów, tylko wolą użyć czegoś w rodzaju „nie pyskuj”, „bo tak”. Dziecko mówi nie, a świat, który domagał się asertywnych dzieci pogrąża się w chaosie. I nie rozpatruję tutaj ulegania dwulatkowi, który właśnie odkręca śrubę z TIRa i planuje ją skonsumować. Mam tutaj bardziej na myśli odmawianie spełnienia prośby. Otóż ludzie (dzieci też są ludźmi, serio!) mają święte prawo odmawiać spełniania próśb innych ludzi. Zwłaszcza bez wytłumaczenia im z jakiej paki, gdy nie rozumieją po kiego wafla, a także przedstawienia im drugiego, ale i trzeciego dna, wyczytanego spomiędzy chaszczy, między wierszami. Piszę to z perspektywy bycia mamą prawie 9 letniego dziecka, sorry mamy maluszków. Daleka jestem od negocjowania z terrorystami, że czemu dziecko mówi nie, jak ja chcę żeby powiedziało tak. Wychowano mnie w przeświadczeniu, że nie negocjuje się z terrorystami. Ale już całkiem blisko jest mi do przyjmowania odmowy ze stoickim spokojem. Bo skoro Dzieć nie chce działać według moich zasad, to możemy wypracować jakieś wspólne, które chociaż częściowo zadowolą obie strony. I myślę, że mi z Omenem udaje się to od paru lat. Współpracujemy, nie rywalizujemy o posłuch. Ktoś z Was powie „hej, przecież to też są negocjacje”. Tak, ale o wiele przyjemniej negocjuje się np. z partnerem biznesowym niż z terrorystą 🙂

 

Dziecko mówi nie
 

Dawno temu, gdy jeszcze mieściłam się w ciuchy dwa rozmiary mniejsze, pani nauczycielka poprosiła, żebym zrobiła coś dla szkoły za punkty, które się potem liczyły w rekrutacji na wyższych poziomach edukacji. Generalnie to mierziło mnie to, że w mojej klasie były osoby, które zacisnęły zęby i np. poszły przez 3 miesiące opiekować się staruszkami w domu starców. Wiecie czemu? Bo poszły za punkty, a nie z własnej woli. Nie potrafiłam tego zrozumieć, gdy byłam głupią nastolatką i nie potrafię tego zrozumieć, gdy jestem jeszcze głupszą dorosłą. Ja nie chciałabym na starość oglądać nastolatki, która z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy przebywa ze mną w jednym pokoju i coś tam dla mnie robi. A to, że to obrzydzenie występowało wiem z pierwszej ręki. Komentarz „to było obleśne” również się pojawił. No ale „za to były punkty”. Najbardziej zapamiętałam boleść, zniesmaczenie i opisy jakie to było koszmarne doświadczenie. Bardzo przykre. Starsi ludzie moim zdaniem zasługują na kogoś kto pomoże im z dobroci serca, z uśmiechem. Niestety nie spotkałam się ze zrozumieniem, bo uważano, że lepsza byle jaka opiekunka zmuszona do bycia opiekunką, niż żadna. W sumie do teraz, gdy o tym wspominam, jestem pożerana żywcem przez ludzi, że „jak w ogóle można potępiać wolontariat”. Ja nie potępiam wolontariatu. Szanuję wszystkich wolontariuszy! Ja potępiam pobudki jakimi kierują się niektórzy ludzie wybierający się na takowy! Od tej pory w poważaniu miałam te punkty. Źle mi się kojarzyły. Po prostu. Byłam dzieckiem i miałam do tego wszelkie prawo.

 

Gdy dziecko mówi nie, o jedno za dużo

Poproszono mnie o zrobienie czegoś dla szkoły. Odpowiedziałam, że przepraszam, ale nie dam rady. Naskoczono na mnie, no bo jak to tak?! Uczennica odmawia prośbie nauczyciela?! Nie pamiętam, czy problem tkwił w braku pieniędzy na materiały, które musiałabym poświęcić, czy po prostu nie miałam czasu. Po reprymendzie nauczycielki zrozumiałam, że podpadłam, bo nie dam rady. Doszło również do tego, że koleżanki z klasy truły mi, że mam to zrobić. Chyba wiadomo na czyje polecenie. Próbowano mnie też przekupić tymi punktami do rekrutacji. Po wysłuchaniu relacji „wolontariuszki” wzgardziłam, bo nie chciałam mieć nic wspólnego z ludźmi, którzy robią coś wbrew sobie dla jakichś marnych korzyści. Później straszono, że jak nie to… To co? Gunwno. Bo nikt nie mógł mnie do niczego zmusić, a ja miałam prawo odmówić, bo to nie należało do moich uczniowskich obowiązków. Koniec kropka. Od tej pory moje relacje z nauczycielką nieco się ochłodziły. Klasa była zdziwiona, że jednak można odmawiać. A pani zrozumiała, że jak dziecko mówi nie, to jeśli jest to wyjątkowo uparte i wredne młode babsko, to zdania bez usłyszenia konkretnych argumentów nie zmieni. 

Uch, byłam koszmarną nastolatką, A Wy? Też buntowaliście się w szkole?

Ot, istny szatan, zło i miniaturowa 🙂 

Okres nastoletniego buntu pożegnałam już dawno. Teraz z pewnością zachowałabym się grzeczniej. Może nawet spełniłabym prośbę nauczycielki dla tzw. świętego spokoju, ale bezczelnych prób przehandlowania mojej godności osobistej za tanią walutę nadal nie uznaję! Za drogą zresztą też. Bo szanować siebie trzeba bez względu na wszystko, a zmieniać zdanie tylko pod naporem wiedzy, doświadczenia i konkretnych argumentów. „Bo tak” 🙂

Pozdrawiam!

 PS: Przepraszam za chaos w tekście. Aaa i jeszcze jedno, asertywność to nie jest mówienie „nie”. To szczerość, ale i szacunek wobec siebie i innych.

(Wizyt 344 times, 1 wizyt dzisiaj)