Lost in Poznań – jak Miniaturowa została kloszardem

– Miniaturowa, co robisz?
– Szpachle nakładam. Zaraz podkład, tynki i pierwsze warstwy farby…
– Co Ty tu przyjechałaś na konferencję, czy remont w hostelu przeprowadzać?
– Pani, toż dziś After Party na Blog Conference Poznań, pysk trza odrestaurować, co się ze zmarchami ludziom pokazywać będę. Dzieci parentingom straszyć…
– Dawaj na miasto Miniaturowa, jesteśmy w Blablabowni.
– Kurde gdzie to jest?
– No tu, tutaj, tam i nazad. Trafisz. To jest Poznań, wszędzie łatwo dojechać.
– Uhm…trafię. Tak. Trafię. No! Trafię!
– Tylko wiesz, skręć w prawo jak wyjdziesz.
– Skręcę. Skręcę.
– Tylko pamiętaj, w prawo skręć!
– No skręcę w prawo!

15 minut później…

Poszłam w lewo. No jak w bombki strzelił.
– Halo?
– Gdzie jesteś? Poszłaś jak ci mówiłam?
– Tak… Prawie poszłam.
– Co?! To gdzie Ty jesteś?
– LOL. Nie wiem. Zgubiłam się 🙂 Zostawiłam mapę na biurku…
– Spytaj kogoś o drogę. Idź na multikino to się znajdziesz.

30 minut później…

– Miniaturowa, gdzie Ty jesteś?!
– Słuchaj to było tak…
– Bo ja serio miałam iść w prawo, ale stoję i pacze. Pacze i stoję, a cały ruch wielkomiejski wszystkie samochudy, tramwaje i ludzie lezą z lewej. To stwierdziłam, że jak tam tyle luda, to tam musi być przystanek tramwajowy i dotrę do celu. Skręciłam w lewo i wtedy się zgubłam. Ale tak na amen się zgubłam! Bo przystanek był, ale miał na tabliczce napisane „wystrzelę cię w kosmos i już nigdy nie wrócisz do domu”, to uznałam, że przejdę na drugą stronę ulicy i znajdę przystanek bardziej przyjazny miniaturowym. Ale tego przystanku nie było! To był świat zdążający tylko w jednym kierunku! Wszyscy w dół, a ja w górę. Niby centrum, ale jakieś takie zdecentralizowane.
– Haha ty głupku i co dalej?

Dziady mickiewiczowskie!

– Oj, no wiesz.
– No wiem. Miniaturowa, miałaś pytać ludzi o drogę i nie pytałaś!
– No bo wiesz. Ja chciałam spytać. Już tak stałam i się chwiałam pięta palec, palec pięta. I ja tak stałam i paczałam. Paczałam i stałam. I się bujałam, jak to chore dziecko z sierocińca, ale nikt się nade mną nie ulitował! A ja sarnie oczy robiłam! Rąbek sukienki miętoliłam! Włosów nawet nie poprawiałam, żeby myśleli, że jak ten pies kudłaty mnie na smycz trzeba brać i odprowadzić do domu. Ale nie! Oni nie pytali, czy ratować.
– A to dziady!
– Dziady! To ja pacze i stoje. Stoje i pacze. I huśtam się dalej na stópkach namierzając godnego zaufania przewodnika.. I wybrałam go! Tak, oto on, mój brodaty, wytatuowany bodyguard, przewodnik po nieznanym mieście, obwieszony łańcuchami, w czarnej skórze, wzbudzający zaufanie każdej obłąkanej Miniaturowej, bo normalne kobity to przy takim łapią się za majtki i portfel. Co by nie stracić jednych i drugich.
– I co?
– Nawet gry wstępnej nie było. Miał słuchawki i szedł bardzo szybko… nie zdążyłam podejść.
– Hahahaha miniaturowa! 🙂 Trzeba było spytać innych ludzi!

Przełamałam się jak lodowiec o Titanica

– Ja próbowałam pytać. Ja się nawet przełamałam i zaczęłam podchodzić do wszystkich, wszak umiem w relacje! Ale się odwracali. Albo uciekali. Albo udawali, że nie słyszą. No serio ci mówię! Przedstawiałam taki obraz biedy i rozpaczy, że pewnie myśleli, że będę prosić „panie kierowniku dej mie dwa złote”, a ja mało wymagająca jestem 50 groszy by stykło.
– Hahaha! 🙂
– Ale ty się ze mnie nie śmiej, ja się już pogodziłam z faktem, że zmuszona będę zamieszkać na poznańskich ulicach. Już ostrugałam sobie patyk, żeby móc polować na gołębie. Szybko uczyłam się prawa ulicy, raz nawet spojrzałam krzywo na czterolatkę, bo miała fajniejsze balerinki ode mnie, niech wie, że tu działa prawo miejskiej dżungli! Zbierałam gazety i ulotki, by uwinąć sobie barłóg na ławce przystanku tramwajowego. Naszykowałam nawet szklaną butelkę, którą postawiłabym pod ławką, jako znak międzynarodowego „nie budzić, leżę I PACHNĘ”. Już szłam z całym dobytkiem mojego życia, tym patykiem, flaszką, papierzyskami, colą i frytkami wygrzebanymi ze śmietnika, na ten cholerny przystanek, a wtem moje nowe życie legło w gruzach.
– Oj Ty biedna!
– No! Ja już przeszłam pierwszą inicjację, bo potknęłam się o kostkę brukową. Zaczęłam oswajać się z wizją miejskiego życia, już nazywałam Poznań moim drugim domem, gdy nagle…
– Co nagle?!

Poznań, miasto doznań!

– Wzięłam i się znalazłam. To znaczy na przystanku, pośrodku niczego, w tłumie obcych ludzi znalazłam znajomych z Częstochowy,  (a jednak nie z Częstochowy, to ja w tej zgrozie wzywałam Matkę Boską Częstochowską!) Piekar Śląskich i Siemianowic i oni się wzięli i mnie znaleźli. W Poznaniu, czujesz?
– Wow!
– A ja myślałam, że taka zgubiona jestem na cacy. Pomachałam na odchodnym Poznańskim ulicom, moim nowym kolegom: Zdzichowi, Łysemu i Władziowi i udałam się wraz z moją elegancką ekipą na After Party Blog Conference Poznań. Ale już do końca życia zapamiętam, jak się żyje na surowych i niebezpiecznych slumsach wielkopolskiej metropolii.
– Przecież zgubiłaś się w centrum…na pięć minut.
– Wiem. Cicho 🙂

 


Poznaj najmniejszą autorkę polskiej blogosfery – Pani Miniaturowa