MacierzyństwoNiepełnosprawność okiem kobiety

Jestem mamą gorszego sortu

Parę lat temu doszłam do wniosku, że jestem mamą gorszego sortu. Swoje wnioski oparłam na dłuższym czasie obserwacji oraz wynikach moich nieudanych prób rozwiązania tego problemu. Ale po prostu się nie da. Jestem gorsza. I tak już musi być. Mam uśmiechać się i dzielnie znosić kolejne przykłady jawnej ignorancji mojej osoby.

Wszystko zaczęło się za wcześnie. Choć jednocześnie, nie aż tak wcześnie, jakby się mogło wydawać, ale dla społeczeństwa to już nosiło znamiona patologii – ciąża w młodym wieku. I kogo to obchodzi, że już dawno byłam dorosła. Byłam za młoda by pasować do współczesnego wzoru matki polki, więc na dzień dobry zostałam mamą gorszego sortu. Tak po prostu. Z marszu. Bo w gazecie napisali, że pierwsze dziecko powinno się machnąć w innym wieku. Słowo pisane to niemalże prawo. A kto to prawo łamie ten degenerat. Przestępca. Bandzior. Pato. Nikogo nie obchodzą przyczyny. Stało się, więc jest źle. Kropka

Jestem mamą gorszego sortu

W dobie mam 30+, byłam fenomenem na oddziele. Istną gwiazdą zaranną, ciekawostką, gwoździem programu, który przy dłuższej rozmowie okazywał się być interesującym kompanem rozmów. Od „ojej ale jesteś młodziutka, zazdroszczę Ci dziecka w tym wieku”, szybko przeszłyśmy do związków, miłości, naszych partnerów, dzieci i planów na przyszłość. Zyskałam pierwsze mamy przyjaciółki. Personelowi się nie naprzykrzałam. Ex teściową pracującą podówczas w szpitalu, pozostałe panie chwaliły, że „synowa konkretna”.

Ludzie lubili ze mną rozmawiać, zawsze tak było. Poza moim naturalnym środowiskiem. Wracając w rodzinne rewiry nastawała cisza. „Ta niepełnosprawna dziewczyna już urodziła”. Nie było gratulacji dla mnie, były dla moich rodziców. Ze mną się nie rozmawia, chora przecież, młodziutka. To nie partner do rozmów. Zostaw nas dziecko w spokoju, dorośli rozmawiają… o tobie i twoim dziecku. 

Nie zważając na zachowanie sąsiadów, którzy zapomnieli, że nie jestem już dziewczynką jeżdżącą w wózku, ani już nie chodzącą o kulach, lecz w miarę zdrowym, pełnoprawnym członkiem lokalnego społeczeństwa, żyłam sobie dalej. Maleństwo było zdrowe, ja byłam zdrowa, dobrze nam się żyło we trójkę z Ojcem Dekady. Było OK. Do czasu. 

Puściliśmy młode do przedszkola, by je socjalizować, odciążyć babcię  i pozwolić mi rozwinąć skrzydła na politechnice. Wkrótce okazało się, że nie tylko dzieci zdałoby się socjalizować. Mamuśki także pilnie potrzebowały szkolenia z nawiązywania znajomości, uprzejmej rozmowy i kultury w towarzystwie. Pierwszych zgrzytów nie pamiętam, było ich wiele. Najbardziej ubodło mnie, że jestem mamą gorszego sortu, gdy na rodzinnych festynach i zabawach organizowanych dla dzieci i rodziców inne matki zupełnie nie zwracały na mnie uwagi.

Nie! Nie żądam pieśni pochwalnych na moją cześć, ani rozwijania czerwonego dywanu u moich stóp. Chciałam tylko jednego. By wszystkie odpowiadały na „dzień dobry”. A może to zbyt wiele? Bezczelnie chciałam więcej. By choć część pozwalała mi ze sobą porozmawiać, gdy grzecznie przepraszałam i pytałam o coś (nie przerywając ich rozmów!), lub zbierając się na odwagę, by coś powiedzieć, zagaić rozmowę. Napotykał mnie mur milczenia. Udawały, że nie słyszą. Bo nie wierzę, że naprawdę nie słyszały. Sądzę, że po prostu nie chciały gadać z kimś kogo uważały za niegodnego rozmowy – młodszą mamę. To nie było raz. Czasem, któraś coś odparła półgębkiem. Próbowałam wiele razy, zawsze z uśmiechem, kulturą, grzecznie, bez wtrącania się w rozmowy i chamskiego przerywania. Rok i drugi, a trzeciego roku już nawet nie próbowałam. Wszystko czego mi było trzeba wiedzieć dowiadywałam się sama. Owszem, niezależność jest fajna, ale i męcząca.

Tak współczesne, wykształcone i ustatkowane społecznie panie, traktują kogoś odrobinę innego. Dyskryminują. Gdyby tylko ich dziecko ktoś tak zignorował, a nie daj boże, jawnie dyskryminował, to zaraz podniosłyby lament. Matka młodej matce wilkiem. Dlaczego? Gdybym poznała Smutną parę lat wcześniej, mogłabym obarczyć ją częścią winy za to, że mamuśki ze mną nie gadają. Ale sęk w tym, że uaktywniła się dopiero niedawno, więc ta podejrzana odpada. A może dla nich młode = głupie? Młodsza mama = patologia? Niepełnosprawna = nie gadam, bo jeszcze mnie czymś zarazi? Cholera wie. Może tak po prostu musi wyglądać życie na prowincji. W mieście wojewódzkim…

I gdzie w tym wszystkim sens? Nauczyciele, koleżanki, przyjaciółki, a nawet różni specjaliści przy okazji badań naszego dziecka, wszyscy zawsze powtarzali, że jestem otwarta, komunikatywna i przyjemnie się ze mną rozmawia. Wystarczyło, że wyłączyli szufladkowanie mnie jako człowieka gorszego sortu. Wtedy stawałam się pełnoprawnym partnerem do rozmów. Kimś z kim fajnie się gada. Komu można wszystko opowiedzieć. Kimś kto spróbuje zrozumieć, wytłumaczyć, pomóc. Pocieszyć, rozweselić, opowie w towarzystwie zabawną anegdotkę. Wystarczy dać szansę. Odpowiedzieć „cześć”.

Mam nadzieję, że nie odbierzecie tego posta jako puste użalanie się nad sobą. Jako kobieta znająca swoją wartość i posiadająca wspaniałych przyjaciół, podchodzę z dystansem do mojego „jestem mamą gorszego sortu”. Próbuję tylko pokazać moim czytelnikom istotny problem z jakim boryka się nasze społeczeństwo. Dyskryminacja, bolesne ignorowanie, to problem nie tylko osób niepełnosprawnych. To może dotknąć każdego z nas, komu niesłusznie zostanie przyklejona etykietka „gorszego”. Jak gdyby Ci, którzy je tak hojnie rozdawali, posiadali licencję na ocenianie. Nie pozwalajcie sobie na takie zachowanie. Ściągnijcie klapki z oczu, bo równie dobrze Wam też może przytrafić się taka sytuacja. Albo Waszemu dziecku. A tego byście sobie na pewno nie życzyli. 

Pozdrawiam,
Pani Miniaturowa