Styl życia

Nie jestem twoją szmatą. Twój czytelnik też.

Obserwując pewną rozmowę na forum dla autorów blogów, doszłam do wniosku, że niektórzy ludzie są bardzo roszczeniowi. Momentalnie przypomniała mi się pewna osoba, którą znałam, bo istnieją środowiska, gdzie nadal są równi i równiejsi. Ale w blogosferze nie jest tak łatwo – ja, jako czytelniczka, obserwatorka – nie jestem twoją szmatą! Twoi czytelnicy również, kolego blogerze.

Nie jestem twoją szmatą!

Jako twoja potencjalna czytelniczka bądź obserwatorka przypominam, że nie mam wobec ciebie absolutnie żadnego obowiązku. Inni ludzie także! Mogę zaobserwować, mogę polubić, mogę skomentować, ale zrobię to dopiero, gdy uznam to za stosowne, lub gdy uznam, że naprawdę warto. Często obserwuję dyskusje, gdzie niektórzy blogerzy narzekają na social media, w których rzekomo są aktywni, a one „nic im nie dają”.
Ktoś zadał całkiem rozsądne pytanie:
– A w jaki sposób tam działasz?
– No wrzucam linka – padła natychmiastowa odpowiedź. To ja ci powiem tak blogerze, od wrzucania tylko linków jeszcze nikt nie umarł, ale co dalej? Skoro nie wkładasz w to wszystko siebie, to co ty tak właściwie chcesz stamtąd wyciągnać? 

Zrozummy się dobrze

Internet to ponad pół miliarda pustych wiader, spośród których wybierasz kilka i powolutku je sobie zapełniasz. A potem, gdy są już pełne zaczynasz czerpać z nich garściami, jednocześnie pilnując, by nie dopuścić do ich całkowitego opróżnienia. Dalej nie rozumiesz? To może prościej. Fanpage, Google+, Twitter, nie są słupami reklamowym, są mediami pośredniczącym między tobą, a twoimi czytelnikami. Rozmawiaj z nimi, to są żywi ludzie, którzy odczuwają emocje tak samo jak ty i potrzebują twojej uwagi, bo są tego warci. Ci ludzie są twoją siłą, twoją motywacją, ale też mogą być twoja zagładą (jakkolwiek katastroficzne to zabrzmi), gdy tylko zechcą. O ile aktywność czytelników na fanpage bardzo łatwo wypracować, to na Google+, czy Twitterze nie zawsze jest to takie banalne. Wrzucając w kółko linki, bez chociażby sporadycznego odwiedzania innych, bez zostawiania przy ich wpisach serduszek, kciuków w górę, czy też +1, jesteś dla mnie, jak wolontariusz. Opłacony, by rozwieszać plakaty wyborcze na mieście. Ktoś może podejść i domalować ci wąsy na tym plakacie. Lecz z całą pewnością nie będzie tylu chętnych, by na ciebie „głosować”, jeżeli im nie wytłumaczysz dlaczego warto.

Streszczajmy się

Kiedy ostatni raz odwiedziłeś stronę, która cię zaciekawiła? Kiedy ostatni raz doceniłeś czyjąś prace? Kiedy ostatni raz zostawiłeś gdzieś wartościowy komentarz? Uwaga, proszę o werble! Wcale nie musisz tego robić! Nie musisz odwiedzać innych stron. Nie musisz nikomu serduszkować Instagrama. Nie musisz nikomu udostępniać Twittów. Nie musisz nikomu dawać +1. Nie musisz udostępniać żadnych postów. Możesz trzymać się z daleka od innych ludzi i dalej rzucać im w twarz linkami do swojego bloga. Ale wtedy nie masz prawa narzekać, że „te całe social media są o kant dupy rozbić, bo wrzucam linki, a ludzie nic nie reagują!”. Bo ja – twój potencjalny czytelnik nie jestem twoją szmatą. Zrobię co zechcę i wtedy, gdy będę miała na to ochotę. I ty też. Nie musisz nic robić. Nie musisz nic zmieniać. Jeżeli nie chcesz się dla nikogo wysilać, nie dziw się, że ludziom też się nie chce. Nic mnie nie dziwi tak bardzo jak roszczeniowi ludzie, którzy palcem nie tkną, ale mają pretensje do całego świata, że coś im nie wychodzi. 

Ludzie muszą chcieć cię doceniać, daj im do tego powody.

I jeszcze jedno, nie jestem specjalistką, nie jestem w żaden sposób powiązana z branżą profesjonalnych blogerów – dzielę się wyłącznie moimi prywatnymi obserwacjami i doświadczeniami. Mogę się mylić, jak najzwyklejszy żółtodziób, ale mam oczy, patrzę i widzę. To wszystko, więc bez spiny.

PS: Jakby tak na to głębiej spojrzeć, wpis ten można odnieść do wielu innych dziedzin życia. Przyjaźni, zdrowia, związków… Jeżeli nie poświęcasz czemuś ani grama czasu i wysiłku, nie spodziewaj się efektów.


Udostępnij ten wpis dalej jeżeli uważasz, że warto.
Zapraszam Cię również do polubienia fanpage Pani Miniaturowa na Facebooku. Tam gryzę o wiele rzadziej 🙂