Zdrowa żywność kontra nawyki żywieniowe dziecka

Pamiętacie zakaz słodyczy, który wprowadzono kilka lat temu w szkołach? Jak gdyby ktokolwiek sądził, że nagle bitwa, zdrowa żywność kontra dziecko, miała zostać wygrana przez tą pierwszą z tego powodu. Marzenia ściętej głowy.

Potwór na monety nie taki groźny

Mój Syn chodzi do szkoły promującej zdrowie. W związku z tym, problem sklepiku wypełnionego po brzegi słodyczami i niezdrowymi napojami, praktycznie u nas nie istnieje. Co prawda obok sali gimnastycznej stoi sobie automat, w którym można kupić słodką babeczkę, ale powiedzmy sobie szczerze: nie wszystkie dzieci dostają od rodziców pieniądze do szkoły, a automat dla części dzieci jest poza zasięgiem, ponieważ stoi w drugim budynku, a tuż obok niego swój „kontuar” mają panie woźne. Brakuje tylko fosy z krokodylami 😉 A tak na poważnie, automat nie jest studnią bez dna. Nie da rady „wykarmić” złymi kaloriami całej szkoły, dlatego moim zdaniem może sobie tam stać dalej.

Zakaz słodyczy w szkole nie naprawi błędów wychowawczych

Ugryźmy zdrową żywność z drugiej strony i przestańmy się oszukiwać. Spasione dzieci nadal będą spasione, jeżeli my – rodzice nie ogarniemy tematu. Żadna idiotyczna ustawa, likwidacja sklepiku szkolnego, czy zamknięcie wszystkich nadopiekuńczych Babć w więzieniach, nie sprawią, że nasze dzieci pokochają warzywa i zaczną gardzić ciasteczkami, batonikami i słodkimi napojami. Ktoś im je pierwszy raz dał. Ktoś im pozwolił zasmakować słodkości w nieograniczonych ilościach. Już wiesz kto to był?

Wróćmy ponownie do tematu pieniędzy. Po kiego wafla dziecku pieniądze do szkoły? Na wafla właśnie. Na cole i chipsy. I na batona. I lody, albo na gazetkę dla dzieciaków, w najlepszym wypadku. Jeżeli wierzysz, że Twoje dziecko kupi za ten hajs zdrowe i pełnowartościowe śniadanie to możesz iść do TV wystąpić w jakimś programie dla naiwniaków, bo doskonale się tam odnajdziesz. Wbrew temu co myślisz, dzieci to wciąż tylko dzieci i NIE ZAWSZE robią wszystko tak jak sobie tego życzymy, a tym bardziej, gdy rodzic nie patrzy! Raz, czy dwa kupi sobie pożywną kanapkę (o ile takie są dostępne w najbliższej okolicy szkoły!). Ale inne dzieci szybko pokażą mu słodycz, jaką niesie ze sobą łamanie przyrzeczeń danych rodzicom. Czyli wkręcanie Ci, że wcale nie kupi sobie czegoś, co nawet nie leżało obok półki z napisem „zdrowa żywność”. OK zaufanie do dziecka, wiara w potęgę swojego wychowania blablabla. Jasne, życzę Wam wszystkiego najlepszego, ale bądźmy realistami! Prędzej, czy później i tak to nastąpi i dziecko wybierze paczkę chipsów zamiast marchewki.

Nie oszukujmy się

To nie szkoła jest temu winna, to nie sprzedawczyni w sklepiku czyha na zdrowie twojego maleństwa, to nie spisek Rosjan, ani atak Marsjan, to Ty! Ty pokazałeś dziecku wszystkie uroki słodkiego życia, zapominając o zakręcaniu fontanny cukru, którą w nie pompujesz. Są dzieci, które będą jadły słodycze aż do porzygu i to nadal nie one są temu winne, lecz rodzice, którzy nie upilnowali ilości słodyczy i słodkich napojów, które dotychczas pochłaniało ich dziecko! Dziecko wie na temat zdrowego żywienia tyle, ile nauczą go rodzice. Ile razy widziałam berbecia siedzącego w wózku wcinającego ciasteczka, wafeleczki, a potem musiałam słuchać lamentów jego matki, która rozpaczała, że dziecko nie chce jeść obiadków. Kurde, szok! Może spróbuj dać mu przed obiadem czekoladę i powiedz, że jak grzecznie zje całą, to w nagrodę dostanie obiad?

To do nas należy obowiązek edukowania naszych dzieci, co to jest zdrowa żywność, które posiłki możemy uznać za wartościowe, a które nie, co nam wolno jeść w dużych ilościach, a czego powinniśmy unikać. Nie zwalajmy odpowiedzialności na wszystkich dookoła. Tego nie ogarnie za nas szkoła, sprzedawczyni w sklepie, ani ciotka Klotka. To nasza broszka, nasze dzieci, nasze kłopoty, nasz obowiązek, nasza odpowiedzialność.

Smacznego.


Pani Miniaturowa – pewna mała mama z Opola