Zabierz stąd to dziecko nianiu!

Słyszałam w moim życiu wiele smutnych historii. Jeszcze więcej widziałam. Jestem przecież dzieckiem szpitali. Lecz nie o szpitalach dziś będzie. O nie! Dziś usiądziemy w warunkach luksusowych. W drogim mieszkaniu na prestiżowym, strzeżonym osiedlu. W takim domu, co to mama piękna i zadbana w pośpiechu wychodzi, żeby nie spóźnić się na ważne spotkanie, a tata jest drogim nieobecnym, bo praca, bo delegacja, bo szkolenie. A kto zajmuje się dziećmi? Niania. W umowie na kilka godzin, a w realnym życiu…Zabierz je na spacer. Zabierz je na plac zabaw. Zabierz je na basen. Posprzątaj, zrób zakupy, ugotuj. Cierpliwie czekaj, aż zapracowana mama wróci z nową wymówką na ustach i gotówką w ręce, by wynagrodzić niani kolejne nadgodziny… A kiedy znajdzie czas dla rodziny? Po co, skoro ma nianię? Przecież to jej obowiązek…

Mija kolejny dzień, tydzień, miesiąc, dwa. Każdy powrót mamy wygląda tak samo. Wpada do mieszkania, zrzuca eleganckie czółenka, masuje obolałe stopy i szybko na paluszkach biegnie do sypialni, by dzieci nie zauważyły, że wróciła. Ale zauważyły. Zawsze słyszą zgrzyt zamka, stęsknione za mamą, by wreszcie przytuliła. Zawsze widzą. Tył jej pięknej bluzki, znikającej za zatrzaskującymi się drzwiami.

I drepczą na swoich serdelkowatych nóżkach pod drzwi, biją małymi piąstkami wołając mamę. A ona nie odpowiada. Dzieci zaczynają płakać, niania robi co może, by odciągnąć maluchy od zaryglowanej w pokoju matki. ZABIERZ STĄD TE DZIECI NIANIU! Słychać krzyki zza drzwi. I tak jest codziennie. Dzień w dzień niania walczy z wyrywającymi się do matki dziećmi. Nie widziały jej tyle czasu, a gdy wróciła, powarkuje – zabierz je stąd! Niani serce się kraje widząc, jak dzieci płaczem domagają się mamy. Ale co może zrobić? Raz cichutko zwróciła uwagę, skończyło się awanturą. Jesteś od pilnowania, nie pouczania! 

Zabierz je stąd! Nie chcę ich widzieć! Jestem zmęczona!

I tak dzień za dniem, rytuał żalu i odtrącenia. Płacz dzieci. Bezradna niania. I mama biorąca kąpiel po pracy. Czytająca książkę. Słuchająca muzyki. A za drzwiami dzieci, zmęczone długim płaczem, słabo pukające małymi piąstkami we framugę…cały dzień z kimś, lecz wciąż same.

Czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie posiadają dzieci tylko dla podkreślenia swojego statusu społecznego. Jak gdyby przez wiele lat budowali idealny wizerunek swojego życia i gdy (materialnie) osiągnęli już wszystko: dobrą pracę, duży dom, drogi samochód, rasowego pieska, stwierdzili, że wisienką na torcie będą dzieci. „Bo każda porządna rodzina ma dzieci, a przecież my chcemy, aby uważali nas za porządnych!„. Szkoda tylko, że w tym przypadku „wyglądanie na porządnych” skończyło się na teorii – nie praktyce.

Doskonale wiemy ile jest sierot w domach dziecka. A ile dzieci jest osieroconych we własnym domu, przez własnych rodziców?


Pani Miniaturowa jest też na Facebooku