Patologia musi umrzeć – jak zaszczute zwierzę

„Patologii nie leczymy, nawet jeżeli tylko nam się wydaje, że nią jesteś.” Patologia musi umrzeć.

Początek

Razu pewnego odebrałam syna z przedszkola. Okazało się, że pół dnia siedział rozpalony jak piec, dygocący z gorączki, a zupełnie nikt się nim nie zainteresował i nie zadzwonił do mnie, ani do moich rodziców, abyśmy natychmiast odebrali dziecko z przedszkola. Już stojąc w drzwiach widziałam, że Mały jest chory. Bardzo chory. Dlaczego nie zauważyły tego panie, które ostatnimi czasy spędzały z nim tyle samo czasu co ja? Nie miałam czasu wnikać. Czym prędzej pojechaliśmy do domu, synek od razu położył się do łóżeczka i nie reagował na to co się dzieje dookoła. Zmierzyłam mu temperaturę, dałam dobry lek zbijający gorączkę. I nic. Po godzinie znowu. I nic. Przerażona obserwowałam jak gorączka z 38 st C. dobija do 40 st. C, na bieżąco relacjonowałam rodzicom co się dzieje z dzieckiem, bo znów byłam sama. Pan Ojciec przebywał na delegacji, jak zwykle… Zadzwoniliśmy po pogotowie, a tymczasem moja mama pomogła mi rozebrać małego i zawinąć go w prześcieradło zamoczone w lodowatej wodzie. Nawet nie miał siły protestować. Miał otwarte oczy, ale nie było go z nami. Odpłynął gdzieś w chorobę. Przerażona błyskawicznie pakowałam siebie i synka do szpitala, bo wiedziałam, że na 100% położą nas na oddziele. Po 20 minutach przyjechało pogotowie.

40 stopni gorączki u małego dziecka to nie powód?

„Nie powinni nas byli państwo wzywać” – puszczam to mimo uszu. To co dla nich jest normą, codziennością, dla mnie jest wahaniem się mojego dziecka na granicy życia i śmierci. Jeszcze nigdy nie był w tak złym stanie. Nie wiedziałam co się dzieje. Przez cały pobyt ekipy ratowników u nas nie odezwałam się ani słowem, ja, czy moja mama. Milczałyśmy. Czekałyśmy na wyrok. Wreszcie zapadł. Jedziemy do szpitala. „Jeszcze nigdy nie widziałam takiego spokoju przy wezwaniu do dziecka” powiedziała pani ratowniczka do swojego kolegi. Żachnęłam się w myśli ledwo trzymając lejące się przez ręce dziecko. Może chciała histerii, paniki, by utwierdzić się w jakimś dziwnym przekonaniu? Na pewno nie.

Na miejscu zostawili nas samych sobie. Czekaliśmy. Mieliśmy czekać to czekaliśmy. Dziecko spało oparte o moje ramię. Wkrótce dojechała moja siostra, którą na pomoc wezwali rodzice. Siedziałyśmy i czekałyśmy, godzinę, półtorej, dwie. Z dzieckiem z nienormalnie wysoką gorączką, której nie zbiło kilka dawek leków przeciwgorączkowych. Kto by się tam przejmował, prawda? Są ważniejsze sprawy. Kolacja. Koniec zmiany. Obchód nowej zmiany. Niech płonące dziecko czeka. Może nie doczeka, jeden kłopot mniej. Kogo to obchodzi… Tylko rodziców. Czułam się jak intruz. Domyślam się, że gdzieś musiały być osoby, które bardziej potrzebowały pomocy… ale ile godzin czekania jest w stanie wytrzymać 3 letnie dziecko z 40 stopniami gorączki bez możliwości schłodzenia go?

Pustka

Może przed nami trafiły tam dzieci w gorszym stanie? Nie wiem. Szpital jest duży, tam gdzie czekaliśmy i na najbliższych korytarzach świeciło pustkami. Nie było kolejek. Było czekanie na bóg wie co. I wreszcie, oto ona! „Jakaś” pani. Nie wiem, czy to była oddziałowa, lekarka, czy sprzątaczka. Dziecka nie zbadała. Rzuciła tylko przelotnie okiem, za to dłużej skupiając wzrok na mnie. Na przerażonej kobiecie, która wygląda jak smarkula. Która jest dziwnie mała, z nieświeżymi włosami i byle jakim t-shircie pospiesznie wygrzebanym z szafy. Swoje zdanie już miała wyrobione. Patologia zaniedbała – patologia zachorowała – patologia przyjechała. Proste. 

Czułam się jak zaszczute zwierzę

Zaczęła zadawać pytania, lecz to nie były pytania, które były w tym momencie potrzebne. O tym, jak żyjemy. Jedyne dotyczące dziecka, to w jaki sposób urodziłam i ile miał punktów Apgar. Reszta była o mnie, o ojcu małego, a naszym wykształceniu, pracy i jak żyjemy. Przecież to takie ważne, gdy dziecko od paru godzin ma 40 stopni gorączki i nic mu nie pomaga. CHWAŁA LEKARZOM! Gdy pani zapytała mnie, czy mamy w domu bieżącą wodę i ile mamy pokoi i czy dziecko żyje w dobrych warunkach zaczęłam wpadać we wściekłość. Czułam się jak gdyby próbowano wmówić mi, że moja EWENTUALNA bieda jest przyczyną choroby mojego dziecka, lub że wtedy moje dziecko należy leczyć inaczej. Bo patologia. W między czasie ta kobieta chyba z 5 razy dopytywała się z wysoko uniesionymi ze zdziwienia brwiami, czy to moje dziecko? Czy na pewno moje? Miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, że nie, do cholery, ukradłam je w parku, a teraz ma gorączkę, więc niech ktoś do ku**y nędzy mu pomoże, bo jest coraz gorzej! Cały czas odnosiła się do mnie z pogardą, od niechcenia, wciąż nie dowierzając, że to moje dziecko, traktując mnie jak jakąś naćpaną matkę nastolatkę i mówiąc mi na „ty”. Czułam się, jakbyśmy zostaliśmy skazani, bo jakieś kobiecie się wydawało, że jesteśmy gorsi. Moje dziecko zostało skazane. Czułam się, jak zwierze zapędzone w pułapkę. 

Czy osoby gorzej sytuowane i/lub bez wykształcenia nie mają prawa do szacunku?! Czy to z automatu jest patologia?!

Wiecie kiedy wyczuwalnie zmieniło się jej traktowanie mnie? Kiedy skończyły się idiotyczne pytania o nasz dom i zaczęła mi mówić „pani”, a nie z pogardą na „ty” i pytania kończąc zaczepnym tonem, jak gdyby próbowała udowodnić mi, że sama sobie jestem winna, bo byłam (w jej mniemaniu) patologią? Gdy już niemal doprowadziła mnie do płaczu z bezsilności, gdy już prawie miałam paść na kolana i błagać ja by wreszcie zajęła się moim dzieckiem, wtedy zadała to jedno, ostatnie pytanie. O moje wykształcenie. Bo przecież bez tego leczyć dziecka się nie da, nieprawdaż? Przecież musiała być pewna, że ma do czynienia z młodocianą patologią, tylko rysopis domu nie pasował do jej wizji. „Jestem studentką na politechnice opolskiej”. Bum. Czary. Twarz jej złagodniała, już nie byłam głupia „ty”, do której trzeba mówić jak do upośledzonej umysłowo, stałam się „panią”. Mamą chorego dziecka, którym wreszcie się zajęto i zbadano. Będziesz mi wmawiać, że takie są procedury? Chcesz mi powiedzieć, że przesłuchanie o dom, moją prace, pracę ojca dekady, jego wykształcenie, ma trwać 40 min, a dzieckiem można zająć się później? W mojej świadomości nie ma miejsca na takie traktowanie pacjentów. Najpierw ratujcie mi dziecko, a potem możemy sobie pogadać o bzdurach.

Synek trafił na oddział, gdzie otrzymał antybiotyki, kilka kroplówek pod rząd, zbito mu temperaturę, zrobiono parę zastrzyków, a mi dano płatną, połamaną leżankę, bym mogła czuwać przy nim całą noc. Leczenie trwało ponad dwa tygodnie. Ale udało się nam. Synek wyzdrowiał i dziś (odpukać) czuje się już dobrze. A ja wciąż trzymam w pamięci obraz tego szpitala. Tego samego, w którym parę dni temu zmarło dzieciątko z naszego sąsiedztwa. „Bo trzeba czekać”, „Bo nie ma drugiego lekarza”, „Bo inni pacjenci…”. My byliśmy w tej samej sytuacji. Lecz mieliśmy odrobinę więcej szczęścia.


Pani Miniaturowa – niepełnosprawna, niskorosła mama z Opola