Jestem wieśniarą

Niby miastowa. Niby wykształcona. Księżnisia delikatnisia, która na widok pająka ucieka, a brudek pod paznokciem spędza sen z powiek. Ale mimo wszystko lubię wieś. Lubie ten mentalny stan i to co widzę dookoła mnie. Chyba jestem wieśniarą.

Wychowałam się w dzielnicy, która leży daleko od centrum jak wieś, wygląda jak wieś, jest zaniedbana przez władze miasta jak wieś, a nawet jeszcze parę lat temu pachniała jak wieś. I bynajmniej nie mam na myśli koniczyny, w tym momencie.

Życie na peryferiach jest super. Zwłaszcza z perspektywy dziecka. Można bezkarnie jeździć na rowerach, rolkach, hulajnogach po ulicy. Bawić się tam w klasy, gumę, a nawet rysować kredą i mieć absolutną pewność, że co najmniej przez 20 minut nie przejedzie tamtędy ani jeden samochód. A jeśli już się jakiś zdarzy, to okolica jest tak cicha, że każdy nadjeżdżający wóz słychać już z daleka. Rodzice nie musieli wychodzić co chwilę sprawdzać, czy jeszcze żyjemy, czy ktoś nas nie porwał, lub nie rozjechał nas młodociany idiota na quadzie. Nie. To nie były te czasy. Wtedy szczytem marzeń był skuter. Ale nie dla nas. Nie dla brudnych obdartusów z pozdzieranymi do krwi kolanami i łokciami i włosami potarganymi od wiatru.

Nikt za nami nie biegał z grzebieniem i chusteczkami nawilżanymi, nikt nie wkładał nam na głowy czapeczek, żebyśmy nie dostali udaru słonecznego, nikogo nie interesowało, czemu całą bandą zniknęliśmy na cztery godziny. Bawiliśmy się. To proste. Choć za niektóre zabawy moi rodzice z pewnością urwaliby mi głowę. Wracaliśmy mniej lub bardziej brudni, posiniaczeni, podrapani. Nikt nie pytał czemu. Byliśmy dziećmi.

Najmilej wspominam lato. W powietrzu unosił się silny zapach zbóż, niesiony wiatrem znad pobliskich pól, znacie ten zapach? Wtedy prawie nikt nie miał alergii. Bawiliśmy w łanach pszenicy, ku wściekłości pana rolnika i największą krzywdą, jaka nam się wtedy stała, to pocięte palce, od ostrych jak brzytwa liści. Nie zrozumie ten, kto tego nie doświadczył. Skakaliśmy przez rowy pełne wody, wpadaliśmy w pokrzywy, a nad naszymi głowami śpiewały skowronki. Wyjadaliśmy jeżyny prosto z krzaka, próbowaliśmy dzikich jabłek i śliwek. Po kryjomu popijaliśmy je wodą z podwórkowego kranu. Nikogo wtedy nie bolał brzuch od niemytych owoców. A teraz? Histerie matek i szpital, bo dziecko owocka z ziemi pozbierało i zjadło.

Uciekaliśmy na rowerach przed traktorami, by pan rolnik nie widział, jak skaczemy po snopkach. I tak zostawialiśmy ślad po sobie. Ustawialiśmy bele słomy w jednym rządku, biegając potem po ich szczytach. Nikt nie złamał nogi. Ani nawet nas nie przygniotło. Może mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, ale koniec końców byliśmy dziećmi. 

Pamiętam, jak bez pytania szłam do sąsiadów. Nie pukałam. Nie dzwoniłam do drzwi. Wchodziłam do stodoły jak do siebie, bo wiedziałam, że gdzieś tam w wielkiej kupie zieleniny dla krówek, w wygrzebanych norkach śpią kociątka. Uwielbiałam kociątka, kocham je do dziś. Bawiłam się z nimi, póki mama po mnie nie przyszła. Słoma chrzęściła mi pod stopami. W powietrzu unosiły się tony kurzu.

Sąsiadka pokazała mi kiedyś skrzynkę pełną pisklaczków. Dla mnie to były najpiękniejsze pisklaczki na świecie. Kłębiły się, niczym sto piłeczek do tenisa, piszcząc wniebogłosy. Tak bardzo chciałam zabrać jednego do domu, ale nie odważyłam się nawet pogłaskać. Zaprowadziła mnie też do kurnika, pokazała jak kurki wysiadują jajka. Ostrzegła przed kogutem, który lubił dziobać. Chodziłam tam jak chciałam, całe butki miałam w ptasich prezencikach. Nikt wtedy nie słyszał o ptasiej grypie. Na nic nie zachorowałam. Nie dostałam robaków. Byłam zwykłym dzieckiem z całkiem beztroskim dzieciństwem. Byłam wieśniarą.

Dziś jestem dorosła. Lubię miasto, jego udogodnienia, ale wolę wieś. Słysząc jak najmłodsi w towarzystwie narzekają, że wieś to same problemy, bo jak się na imprezę pojedzie, to nie ma jak do domu wrócić, a najlepiej to się mieszka w centrum miasta, unoszą mi się kąciki ust. Zerkamy wtedy porozumiewawczo na siebie, z najstarszym z towarzystwa. I uśmiechamy się w milczeniu do naszych wspomnień, obserwując w pamięci, nasze dzieci i wnuki, drepczące gołymi stópkami po trawie. Nie komentujemy. Nie krytykujemy. My po prostu wiemy, że w pewnym wieku priorytety się zmieniają. A 8 kilometrów to nie problem.

Jestem wieśniarą.

Ty też jesteś wieśniarą? Skąd pochodzisz, tęsknisz do tego miejsca?

Polub mnie na facebooku –> Pani Miniaturowa